środa, 28 lutego 2018

Super Funky Badass

Ford Mustang kojarzy się przede wszystkim z wielkim wolnossącym V8. Jednak gdy zaczniemy wertować ogłoszenia z samochodami to zauważymy olbrzymią ilość pojazdów z widlastą szóstką pod maską. Dla przeciętnego Polaka, znawcy każdego tematu, takie auto zostanie uznane za wersję dla biedoty. Ile jest w tym prawdy? Postanowiłem to sprawdzić.

Dzisiejszym gościem mojego bloga jest Ford Mustang z 2015 roku, który przyjechał do naszego pięknego kraju prosto z USA. W celach informacyjnych dodam, że w Europie nie można było kupić tego kultowego wozu z silnikiem V6, a od tego roku (2018) nie znajdziecie takiego silnika również w poliftowych egzemplarzach przeznaczonych na rynek amerykański. Pozostaje wam tylko rzędowa czwórka o pojemności 2.3 litra albo V8, która nie potrzebuje głośników by dobrze brzmieć. 




Z zewnątrz V8 (o którym pisałem tutaj) od V6 różni się detalami. Najprościej spojrzeć na tylną klapę - zamiast wielkiego napisu GT znajdziecie galopującego konika. Opony i felgi sugerują, że kierowca nie straci wszystkich plomb w zębach i nie wysiądzie z niego z bólem pleców. W rzeczywistości jest nawet lepiej. Każdy, kogo przewiozłem nie spodziewał się, że będzie aż tak wygodnie.










Dopiero wewnątrz zauważycie, że to tańszy model. Najbardziej rzuca się w oczy stosunkowo mały ekran (mówią o tym nawet osoby, które są pasjonatami motoryzacji), plastikowe nakładki na progi, czy fotele z materiałową tapicerką. Ale tak zupełnie poważnie, czy to ma znaczenie? Moim zdaniem, jeśli potrzebujecie budżetowego samochodu to i tak nie znajdziecie lepszej opcji. Fotele są bardzo wygodne, a sprzęt audio brzmi nadspodziewanie dobrze jak na budżetówkę.




Jeśli oczekujesz anonimowości... sorry, tutaj nie ma takiej szansy. Nie widzisz wzroku gapiących się na ciebie ludzi tylko wtedy, gdy jesteś zajęty manewrowaniem, bo Mustang do małych nie należy i wszystkie miejsca parkingowe są za małe, a niektóre jednokierunkowe uliczki z zaparkowanymi prostopadle samochodami są zdecydowanie za wąskie i trzeba poruszać się praktycznie z zerowymi prędkościami. Poza tymi drobnymi mankamentami jazda nim to czysta przyjemność.



Z tego co czytałem, to Mustangi V6 często pojawiają się w amerykańskich wypożyczalniach. Ten konkretny egzemplarz podobny los czeka w naszym kraju. Dlatego też wziąłem go na weekendową przejażdżkę. Ledwo co wrócił z Bieszczad, a już kierował się z centrum w kierunku zachodu. Przez ten czas zdążyliśmy się nieco lepiej poznać. Sprawdziłem Forda chyba w każdych warunkach i jedno jest pewne - uwielbiam ten samochód. W mieście można z nim żyć, dopóki nie musisz szukać miejsca parkingowego w zatłoczonym centrum. W trasie jest genialny, zapas mocy jest wystarczający w każdych warunkach. Dodatkowo przez jego wygląd w zasadzie każdy zjeżdża z lewego pasa na autostradzie i zastanawia się dwa razy, zanim się przed ciebie wciśnie. To zdecydowanie ułatwia dalekie podróże. Przy prędkościach autostradowych w środku jest względnie cicho, choć nie jest to Lexus LS600h. Nie ta półka cenowa. Wszyscy opuszczający prawy fotel byli szczęśliwi i jakoś nie narzekali na to, że drzwi są długie i ciężko się wysiada (w porównaniu do jakże wygodnych i supermodnych SUV-ów). Pewne niedogodności można mu po prostu wybaczyć.




Wspólny czas szybko upłynął, przejechane ponad 800 km było dla Forda żadnym wysiłkiem. Dla zainteresowanych: średnie spalanie na tej trasie wyszło 13.5 litra na 100 km. W mieście liczyłbym się z 15 litrami, zaś w trasie pewnie da się zejść do 9-10 litrów. Pytanie, czy lepiej zaoszczędzić paliwo, czy dać sobie trochę radości z życia?

Na sam koniec zostawiam odpowiedź na pytanie postawione na początku posta. Pozycję Mustanga V6 najlepiej oddaje porównanie dwóch modeli Porsche. Utarło się, że Caymana kupują tylko ci, których nie było stać na 911. Uważam to za krzywdzące, ale patrząc po ludziach na ulicy to nie ma znaczenia, czym jeździsz. Zarówno w przypadku Mustanga (V6/V8), jak i Porsche. Nawiązując jeszcze do marki ze Stuttgartu to wracając do domu przydarzyła mi się ciekawa historia. Zatrzymuję się na stacji, płacę za paliwo i wychodzę. Moim oczom ukazuje się taki widok: z lewej nowe czerwone Porsche (Macan albo Cayenne) i obok Mustang. Podchodzę bliżej. Widzę wyraźnie jak kierowca Porsche spogląda w moją stronę. Otwierając drzwi pokazuję mu kciuk w górę. Odwzajemnia to uśmiechem. Niby nic, ale takie gesty są częste i cieszą. Pokazuje to również, że wśród prawdziwych miłośników motoryzacji nie ma podziałów i oby tak pozostało jak najdłużej.

Ogromne podziękowania należą się wypożyczalni samochodów sportowych Dream Ride S.C. Będę musiał wyrobić u was kartę stałego klienta.

sobota, 30 grudnia 2017

Not Dead Yet

Swoją przygodę z koncertami zacząłem w drugiej połowie 2007 roku. Niedawno minęło 10 lat, a numer 1 na liście 'do zobaczenia na żywo' przez większość tego czasu był taki sam, aż w pewnym momencie pogodziłem się z faktem, że w sumie to już nie mam na co liczyć.

Zaczynając od początku. W 2005 Phil Collins żegna się ze swoją publicznością na dwóch ostatnich koncertach z trasy pożegnalnej w czeskiej Pradze. Uwieczniono zaś koncert 15.06.2004 w Paryżu na DVD pod tytułem: Finally...The First Farewell Tour. W lipcu 2007 Genesis gra w Rzymie darmowy koncert, który później ukaże się na DVD jako When in Rome. Mniej więcej w tym miejscu zaczynam swoją przygodę z koncertami, ale mam 15 lat, więc jakieś podróżowanie po Europie jest raczej mocno utrudnione, a jedyna okazja, by zobaczyć Phila Collinsa w Polsce już przepadła. W tym samym roku napisałem list do managementu Phila. Poza odpowiedzią na nurtujące mnie pytania dostałem zdjęcie z autografem. Mam je do dzisiaj.

We wrześniu 2010 dostaję kurierem limitowaną edycję albumu Going Back - pierwszy studyjny album Collinsa, który kupuję przed premierą. Tutaj trasa koncertowa składała się z 5 koncertów w USA, jednym w Londynie i jednym w Szwajcarii w ramach Montreux Jazz Festival. Nawet brałem udział w konkursie, gdzie do wygrania były bilety na koncert w Stanach, ale nie udało się. W Europie nawet nie próbowałem, bo mając 18 lat nie miałem ani pieniędzy, ani wiedzy jak to ogarnąć. Niewykluczone zresztą, że bilety poszły w takim tempie, że nawet jakbym wiedział to i tak wiele by to nie dało.

Nastąpił okres wszelkiego rodzaju spekulacji, ale do października 2016 w zasadzie nic się nie dzieje. W tym też czasie pogodziłem się z tym, że szanse na wykreślenie numeru 1 na koncertowej liście raczej nigdy się nastąpi. Na około tydzień przed premierą autobiografii Collinsa Not Dead Yet ma miejsce konferencja prasowa w Royal Albert Hall, gdzie pojawia się nowa nadzieja. Latem 2017 autobiografia doczeka się... trasy koncertowej. Na liście są trzy miasta, w każdym z nich po 5 koncertów. Pomyślałem sobie: dobra, jak nie teraz to kiedy? Zacząłem badać temat, Paryż z miejsca odrzuciłem, Londyn był kuszącą propozycją, choć Kolonia była najbliżej i wydawała się najbardziej realna. Rzeczywistość zweryfikowała moje plany dość szybko. Londyn wyprzedał się w ekspresowym tempie, a jak wyprzedają się kolejne koncerty w Kolonii miałem okazję zobaczyć na własne oczy. Zaraz po tym jak poszły wszystkie, pojawiły się też pierwsze oferty odsprzedaży biletów np. 1500 Euro za sztukę. Pozostało znowu pogodzić się z porażką.

Latem 2017 jeszcze się zastanawiałem nad szybką akcją z kupieniem biletów na ogłoszony później koncert w Londynie na festiwalu British Summer Time Hyde Park, ale intuicja mi podpowiadała, żebym jeszcze chwilę poczekał. Wyszło na to, że miałem nosa, bo 30 czerwca ogłoszono jesienną część trasy Not Dead Yet. Ponieważ wszystkie 15 letnich koncertów się wyprzedało, a 2 z nich i tak trzeba było przełożyć na listopad, to dorzucono do tego kilka nowych. Wtedy wiedziałem, że to moja szansa i tym razem zdobędę te bilety. Problemem było tylko to, że obecnie studiuje zaocznie, a w planach był już koncert Scorpionsów w Ostrawie, więc trzeba było dobrze zastanowić się nad najlepszym terminem. Po analizie wszystkich czynników naturalnym wyborem był Manchester. Im dłużej o tym myślałem, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że to słuszny wybór. Zespół przez kilka pierwszych koncertów zdąży się rozgrzać, a jest to też na tyle wcześnie, że zmęczenie czy inne czynniki zdrowotne nie powinny tu zadecydować o ewentualnym odwołaniu/przełożeniu występu.

Nadszedł czas, gdy ruszyła sprzedaż. Będąc mądrzejszy tym razem dopilnowałem by kupić bilety w przedsprzedaży. Najzwyczajniej w świecie chciałem mieć 100% pewności, że dla mnie biletów nie zabraknie. Jednocześnie chciałem też, by nie były to jakieś miejsca totalnie z dupy na końcu hali. Jak już pakować się w taki interes to fajnie byłoby zobaczyć swojego idola z bliska, a nie przez lornetkę albo telebim. Skoro już to czytacie, to zapewne domyślacie się, że tym razem się udało. W ramach świętowania sukcesu poszedłem do najbliższego Empiku w celu kupienia biografii, która wywołała tyle zamieszania. Przeczytałem ją chyba w niecałe 2 dni, także nadal pozostało sporo czasu do koncertu, ale też mnóstwo rzeczy do ogarnięcia. Kupując bilety byłem świadomy, że wydatki dopiero się zaczynają, ale wtedy wiedziałem też, że pieniądze to będzie ostatnia rzecz, o którą muszę się martwić. Od dawna już planowałem przeznaczyć jakąś pulę oszczędności na ewentualny koncert Phila Collinsa, ale wszystko potoczyło się bardzo naturalnie i przyszło w odpowiednim momencie.

Jeśli myślicie, że to koniec komplikacji to zdecydowanie jesteście w błędzie. Słyszeliście o odwoływanych lotach Ryan Aira? No własnie. Były odwoływane na dzień przed wylotem i z czasem zaczęła pojawiać się lista. Ku mojemu zaskoczeniu akurat mojego lotu nie odwołali. W pewnym momencie doszedłem do wniosku, że już przez te wszystkie lata wyczerpałem swój limit nieszczęścia i byłem pewny, że już nic nie stanie mi na drodze zrealizowania jednego z moich największych marzeń.

W końcu nastał poniedziałek, 27.11.2017 - dzień wylotu. Pobudka o jakiejś dziwnej godzinie w środku nocy i podróż na lotnisko Warszawa-Modlin, która przebiegła nadspodziewanie sprawnie. Podobnie było z samym lotem, a obawiałem się trochę, że pogoda o tej porze roku może nie sprzyjać podniebnym przygodom. Pierwsza rzecz, która rzuca się w oczy: lotnisko w Manchesterze jest gigantyczne, ma również dosyć mocno rozbudowaną sieć połączeń kolejowych. Chcesz jechać do Szkocji? W czym problem. Tak dla porównania, to nasze polskie pseudo lotnisko wygląda jak pawilon handlowy w szczerym polu, do którego dojazd niby jest możliwy autobusem, ale jeśli zależy wam na czasie to jednak samochód jest jedyną racjonalną propozycją. Gdy dotarliśmy na peron przylotniskowego dworca i nieco się zgubiliśmy, to w zasadzie od razu ktoś z obsługi spytał, czy potrzebujemy pomocy. Poczułem się jakbym znalazł się w innej rzeczywistości. Pośród ludzi, którzy budowę lotniska przemyśleli w każdy możliwy sposób, skomunikowali je najlepiej jak się dało i przy okazji zatrudnili ludzi, których naprawdę obchodzi coś innego niż czubek ich własnego nosa.

Dostanie się do centrum miasta było dziecinnie proste. Plan na dzień pierwszy był dosyć luźny: zrobić małe rozeznanie co i jak się tu robi. Zjeść coś, zameldować się w hostelu i pokręcić nieco po mieście. Przy okazji sprawdzić, czy te wszystkie lata nauki angielskiego na coś się przydały.

Manchester na mapie wyglądał na duży. W rzeczywistości robi jeszcze większe wrażenie, choć nie przytłacza aż tak jak chociażby Londyn. Widać chęci rozwoju, buduje się tu sporo obiektów wysokich, co z racji mojego wykształcenia i pracy wzbudziło moje zainteresowanie. Jednak najfajniejszą rzeczą w tym mieście było łączenie zabytkowych budynków z nowoczesnymi. Wygląda to naprawdę bardzo fajnie i aż chce się eksplorować miasto. 




W Manchesterze odbywał się w tym czasie jarmark świąteczny. Z mediów pewnie spodziewacie się, że wszyscy siedzą w domach i boją się kolejnego ataku terrorystycznego. Nic bardziej mylnego, ludzi było pełno, kupić można było w zasadzie wszystko, od serów, wyrobów z wełny alpaki, niemieckiego piwa czy na bigosie kończąc. Pełen luz, co nie oznacza, że nie było w okolicy patroli.

Gdybym miał komuś polecić jedno miejsce do zobaczenia w Manchesterze to byłaby to biblioteka John Rylands Library. Co jest w niej takiego ciekawego? Została oddana do użytku pierwszego stycznia 1900 roku. Wygląda imponująco, wstęp jest za darmo i naprawdę warto tam zajrzeć. Jest to trzecia największa biblioteka akademicka w Wielkiej Brytanii i można tam natknąć się na wiele ciekawych pozycji jak chociażby pierwszą księgę Boskiej Komedii Dantego - Inferno.

Przejdźmy do głównego powodu, dla którego w końcu wybrałem się na Wyspy. Był jeszcze jeden krytyczny punkt przed koncertem - trzeba było odebrać bilety. Odstaliśmy swoje w kolejce, podchodzę do okienka i robię swoje. Dowiaduje się, że moje bilety jeszcze nie dotarły. Proszę przyjść za godzinę. Nie będę ukrywać, że się wkurzyłem, ale ok. Wracam za godzinę i wywiązuje się dialog: -To znowu ja, mam nadzieję, że bilety już dotarły.
-Tak, wszystko jest ok.
Natychmiastowa ulga. Zaglądam do koperty, a tam delikatnie rzecz biorąc mało atrakcyjne te bilety. No ale co zrobić. W zasadzie to najważniejsze jest to, że mam je już we własnych rękach i gwarantują miejsca blisko sceny. Uprawniają też do -25% zniżki w jednej z knajp, które mijaliśmy po drodze, a byliśmy jeszcze przed obiadem. Wspólnie uznaliśmy, że to będzie dobre miejsce do spędzenia czasu bezpośrednio przed koncertem.

Co zapewne was nie zdziwi, w środku było sporo takich osób jak my. Jedna z osób stojących w kolejce do baru postanowiła zacząć rozmowę:
-O, widzę że też masz bilety na koncert. Nie mogę się doczekać!
-Ja też. Przyjechaliśmy tu z Polski.
-Serio? Wow!
-No cóż, Phil Collins był w Polsce tylko z raz, z Genesis w 2007. Jaki miałem wybór? 

Generalnie zauważyłem, że każdy, gdy usłyszał skąd przyjechaliśmy był... trochę zdziwiony. Najwidoczniej daliśmy Brytyjczykom do zrozumienia, że Polacy w UK nie tylko sprzątają kible czy zmywają naczynia, ale też przyjeżdżają z Polski na koncerty. Pamiętam, że kiedyś na facebooku na profilu Live Nation wywiązała się fajna dyskusja apropo koncertu Phila Collinsa w Polsce. Wiele osób pisało mi, że było w Paryżu/Kolonii i zachęcało mnie do pojechania jeśli nadarzy się okazja. Nie chciałem być gorszy.

Wejście do Manchester Areny jest połączone z przystankiem metra. Rzecz jasna ten jest wyłączany z użytku, gdy wpuszczani są ludzie na koncert. Co ciekawe, był koniec listopada. Było zimno. Ani przez minutę nie musiałem stać na zewnątrz, czy to odbierając bilet, czy czekając na wpuszczenie bezpośrednio na obiekt. Kolejka ustawiała się na fragmencie parkingu podziemnego Areny. Parkingu, który miał kilka poziomów i był gigantyczny. Czy w Polsce widziałem coś podobnego? Odpowiedź na to pytanie jest oczywista. Pewnie, że nie.

Zanim przejdę do samego koncertu to jest jeszcze jedna rzecz, która mnie zdziwiła. Ja koncerty traktuję jak swojego rodzaju rytuał, pragnę skupić się możliwie jak najbardziej na tym konkretnym wydarzeniu. Tymczasem Brytyjczycy przychodzą na miejsce z kupionymi czipsami, piwem a niektórzy nawet z butelkami wina. Serio, jakbym chciał się nażreć i nachlać to zostałbym w domu. Wyszłoby zdecydowanie taniej.

Po odebraniu pakietów koncertowych udaliśmy się na trybunę, gdzie zajęliśmy miejsca. Okazały się być lepsze, niż przypuszczałem, co mnie bardzo ucieszyło. Co chwilę mijali nas Wyspiarze z rękami zajętymi butelkami Heinekena albo wina, a na telebimach pokazywane były archiwalne zdjęcia Phila.

W pewnym momencie zgasło światło, a na scenę zaczął iść o lasce starszy Pan w okularach. Usiadł na swoim krzesełku i przywitał się z publicznością:
Dobry wieczór Manchester. Dobry wieczór wszystkim. Dobrze jest wrócić. Kilka słów wyjaśnienia. Operacja kręgosłupa kilka lat temu sprawiła, że moja stopa jest bezwładna, więc muszę siedzieć, ale to mnie nie powstrzyma przed dobrą zabawą, ok?

Nie umilkły brawa, a koncert zaczął się na dobre od Against All Odds. Warto zaznaczyć, że bezpośrednio za Philem znajdowała się czarna kurtyna odgradzająca artystę od reszty zespołu. Korespondowało to bezpośrednio z refrenem Take a look at me now. Kurtyna opadła i zespół w komplecie kontynuował występ utworem Another Day in Paradise. Łagodny początek był następnie podtrzymany kolejną balladą - One More Night. Trzy tak genialne piosenki zagrane jedna po drugiej to coś jak trzy szybkie ciosy, zwłaszcza dla kogoś, kto jest na koncercie tego wykonawcy po raz pierwszy. Było czuć, że Phil dzisiaj czuje się dobrze i po tej rozgrzewce będzie już tylko lepiej.

Collins z czasem stał się coraz bardziej rozmowny. Po wspomnieniu o swoim ostatnim solowym dokonaniu Testify nie było słychać specjalnie entuzjazmu w Manchester Arena. Dopiero jak Collins odniósł się w sposób humorystyczny do popularności tego albumu pojawiły się śmiechy. W każdym razie zagrano pierwszy utwór z tej płyty - Wake Up Call. Pierwsze odważne przełamanie listy hitów serwowanej nam tego wieczoru. Osobiście uważam, że Testify było dobrym albumem, bardzo intymnym i dlatego go cenię. Niestety nie spotkał się on ze zrozumieniem wśród masowych odbiorców i w sumie mnie to nie dziwi.

Ciężko byłoby zapomnieć o latach spędzonych przez Brytyjczyka w Genesis. Pół żartem, pół serio Phil wspomniał, że pamięta, że nagrali wiele materiału, więc wybranie czegoś, co ktoś w szczególności chciałby usłyszeć będzie trudne. Wracamy do hitów - Follow You Follow Me to kamień milowy w dyskografii Genesis, stąd wybór jest jak najbardziej zrozumiały.

Jak już wspomniałem, pojawiały się też wyłamania ze schematu, gdzie grane są same największe przeboje, zwłaszcza, że mniej znane kompozycje brytyjskiego artysty wcale nie ustępują tym najbardziej popularnym. Can't Turn Back the Years jest bez wątpienia genialnym utworem samym w sobie, a jego wykonanie było po prostu mistrzowskie. Moim zdaniem to jeden z najmocniejszych punktów tego występu.

Sekcja dęta mogła dać czadu podczas dwóch następnych utworów - I Missed Again oraz Hang In Long Enough. Nie mogło też braknąć miejsca na duet z Amy Keys, pewnie weterani Collinsa doskonale wiedzą, o który numer chodzi. Dla tych mniej obeznanych: to Separate Lives. Ostatnią piosenką przed przerwą było Who Said I Would - jedyna zmiana w setliście względem letnich koncertów. Co ciekawe, jeśli pamięć mnie nie myli to ostatni raz na żywo można było usłyszeć ten utwór podczas trasy promującej album ...But Seriously (czyli dawno temu, bo jeszcze zanim się urodziłem).

Podczas przerwy miałem okazję po raz pierwszy zobaczyć kolejkę do męskiej toalety. W sumie nie powinno mnie to dziwić, te wszystkie browary i wina musiały przecież znaleźć gdzieś ujście. Co by nie było nudno na telebimach pokazywana były zabawne reklamy związane z twórczością Collinsa.





Niepisaną tradycją były perkusyjne pojedynki w trakcie koncertów. No ale Phil już nie jest w stanie grać na perkusji. Co więcej, te operacje były po to, by mógł wrócić do gry, a skończyło się tym, że teraz nie tylko nie może grać, ale też z trudem chodzi. Tak patrząc chociażby na Finally... The First Farewell Tour to upływ czasu jakby ominął wszystkich poza Collinsem, który przez te kilkanaście lat zestarzał się potwornie. Kilkadziesiąt lat intensywnego życia muzycznego i niezliczone sukcesy w tym przypadku kosztowały bardzo dużo. 

Jeśli oglądaliście materiał poświęcony pożegnalnej trasie Collinsa to być może zauważyliście małego dzieciaka walącego we własny zestaw perkusyjny jak szalony. Zupełnie przypadkiem jest to jeden z synów Phila - Nicholas. Kolejna ciekawa rzecz - wszystkie koncerty na trasie Not Dead Yet to w dużej mierze zasługa właśnie tego, że ojciec mógł spędzać czas razem z synem. Tak więc pojedynek perkusyjny mógł się odbyć, za perkusją zasiadł Collins junior oraz Luis Conte. Panowie zaserwowali solidną dawkę walenia w bębny, która w fazie końcowej stała się intro do I Don't Care Anymore z drugiego solowego albumu Hello, I Must Be Going! Dla mnie to najciekawsza pozycja na płycie, w dodatku na żywo można było naprawdę poczuć tę złość w Collinsie, jakby do dziś część tych negatywnych emocji dalej mu towarzyszyła i chciał je z siebie wyrzucić.

Kolejnym mocnym punktem programu było Something Happened on the Way to Heaven, gdzie było czuć, że zebrany na scenie zespół świetnie się czuje wykonując tę piosenkę. Największym zaskoczeniem na pewno było You Know What I Mean - kawałek odkopany z pierwszej solowej płyty Face Value przez Nica Collinsa. Phil przeszedł nieco bliżej pianina, na którym grał jego syn. We dwójkę wykonali ten nieco zapomniany, acz piękny utwór. Młody zdaje się mieć słabość do smutniejszych utworów swojego ojca. Dla mnie to nawet lepiej. 


Długie intro zwiastowało nadejście nieuniknionego - In the Air Tonight. Czy ktoś jest w stanie wyobrazić sobie koncert Phila Collinsa bez tego utworu? Wiele osób zarzucało, że bez Collinsa na perkusji ten utwór to nie to samo. Ja powiem tylko tyle: przecież Collins był na perkusji i moim zdaniem to 16-letnia kopia swojego ojca, który sam przyznał, że jest lepszy niż on sam w jego wieku. Wiadomo, że niektórzy narzekają, bo to ich styl życia, ale ja nie mogłem się nadziwić temu, jak Nicolas gra. Widziałem już parę koncertów i niewiele osób zrobiło na mnie takie wrażenie. A chłopak jest nastolatkiem, więc najlepsze dopiero przed nim. Jeśli mam być szczery, to ja chętnie zobaczyłbym go na perkusji w Genesis, gdzie jego ojciec byłby wokalistą.

You Can't Hurry Love spowodowało, że publiczność ruszyła się ze swoich miejsc na dobre. Dance Into The Light było też powodem, by nie siadać z powrotem. Drugim i ostatnim utworem Genesis, jaki pojawił się w repertuarze było Invisible Touch. Podobnie jak 12 lat temu koncert zakończył się po zagraniu Easy Lover i Sussudio. Podczas tego ostatniego na scenie pojawiło się konfetti.





Zespół wyszedł ponownie na scenę by zagrać symboliczny bis - Take Me Home. Nie da się chyba wymowniej dać do zrozumienia, że to koniec. Byłem pod wrażeniem, że tak szybko zleciało. Żaden koncert nie przeleciał mi szybciej. Odniosłem wrażenie jakby trwał maksymalnie kwadrans, a było już dosyć późno.

Dla uporządkowania, setlista:

1. Against All Odds (Take a Look at Me Now)
2. Another Day in Paradise
3. One More Night
4. Wake Up Call
5. Follow You Follow Me 
6. Can't Turn Back the Years
7. I Missed Again
8. Hang in Long Enough
9. Separate Lives
10. Who Said I Would

11. Drum Duet (Nic Collins & Louis Conte)
12. I Don't Care Anymore
13. Something Happened on the Way to Heaven
14. You Know What I Mean
15. In the Air Tonight
16. You Can't Hurry Love
17. Dance Into the Light
18. Invisible Touch
19. Easy Lover
20. Sussudio

21. Take Me Home

... i artyści, którzy zaczarowali Manchester:

Phil Collins: wokal

sekcja rytmiczna:
Nicholas Collins - perkusja
Luis Conte - perkusja
Leland Sklar - gitara basowa
Daryl Stuermer - gitary
Ronnie Caryl - gitara rytmiczna
Brad Cole - instrumenty klawiszowe

sekcja dęta:
Harry Kim - trąbka
Dan Fornero - trąbka
George Shelby - saksofon
Luis Diego Bonilla - puzon

sekcja wokalna:
Arnold McCuller
Amy Keys
Bridgette Bryant
Lamont van Hook

Nie ukrywam, że trochę się bałem rozczarowania. W internecie przeczytałem tyle negatywnych komentarzy, że to już nie to i tak dalej. Rzeczywistość to zweryfikowała, przy czym byłem świadomy tego, na co się piszę. Wiedziałem w jakim stanie jest Phil i na co mogę liczyć. Kto mógł zobaczyć Collinsa wcześniej, na pewno ma inny punkt widzenia niż ja. Cieszę się, że miałem okazję zobaczyć jego występ na żywo i nie żałuję ani złotówki, która została na ten cel przeznaczona. W zasadzie to nawet dobrze, że musiałem wybrać się aż do Wielkiej Brytanii. Poznałem nieco kulturę i zwyczaje, wsiąknął we mnie klimat tego kraju. Gdybym miał podjąć decyzję o kupieniu biletów jeszcze raz, to zrobiłbym dokładnie to samo. Jedyne co bym zmienił to ewentualnie wydłużył nieco pobyt w samym Manchesterze, bo na pewno nie spędziłem tam tyle czasu, ile bym chciał.



Zupełnie nieświadomie wybrałem pakiet koncertowy, który zawierał sporo dodatkowych rzeczy, w tym limitowany album poświęcony tej trasie koncertowej. Wypuszczono 7499 sztuk. Świetna, acz stosunkowo droga pamiątka. Na zdjęciu zauważycie również autograf. To ten z 2007 roku. Jego w pakiecie nie było.

Zastanawiacie się pewnie po co tak się rozpisałem? Wiadomo, łatwiej by było pokazać samo wydarzenie, bez kontekstu, ale czy wtedy ktokolwiek zauważyłby ile to wszystko kosztowało czasu, energii i pieniędzy, żeby to mogło dojść do skutku? Zależało mi na tym, by pokazać wszystkim, że jeśli chce się coś osiągnąć, spełnić swoje marzenie to trzeba o to walczyć i przede wszystkim się nie poddawać. Po drodze na pewno pojawi się szereg niepowodzeń, ale to nie oznacza, że należy się zniechęcać. Prędzej czy później wszystko się złoży w końcowy sukces.

Dla jednych to po prostu koncert jakiegoś starego dziada, który potrzebuje pieniędzy, a dla kogoś innego coś, na co czekał bardzo długo i było efektem końcowym niemałego przedsięwzięcia. Relacja z tego wydarzenia to spory kawałek z mojego życia i przy okazji post numer 100 na blogu, który w mojej ocenie świetnie podsumowuje to, co zawsze najbardziej mnie interesowało - podróże i muzyka na żywo. 

sobota, 23 grudnia 2017

Let Me Fly

Przenieśmy się na chwilę do roku 2011. Właśnie wtedy byłem na jedynym koncercie w Berlinie. Pisałem nawet o tym w jednym z postów na tym blogu (tutaj). Co to ma wspólnego z tegorocznym wyjazdem do Krakowa? W czerwcu 2011 w Berlinie zagrał zespół Mike & the Mechanics w nowym składzie z Timem Howarem i Andrew Roachfordem na wokalu w ramach trasy promującej ich nowy album - The Road. We wrześniu 2017 ten sam zespół w niemal niezmienionym składzie miał zagrać w ICE Congress Centre w Krakowie. Już długo szukałem dobrej wymówki by przyjechać na koncert do tego właśnie obiektu. Byłem ciekawy, czy w rzeczywistości jest tak dobry, jak go sobie wyobrażałem na podstawie tego, co wyczytałem w internecie.

Nieco dłuższy niż zwykle pobyt w Krakowie skutkował tym, że szybko zaczęliśmy się nudzić. Apartament wynajęty przy samym Rynku oznaczał w skrócie to, że sam Rynek szybko nam się opatrzył. Dlatego na drugi dzień zaplanowaliśmy sobie pieszą wycieczkę krajoznawczą.

Moim pierwszym szalonym pomysłem, było przejście się po Rynku o 6 rano. Stwierdziłem, że o tej porze w weekend powinno być zdecydowanie mniej ludzi i istnieje szansa, że powstaną jakieś ciekawe zdjęcia. Wszystko szło zgodnie z planem, ale w pewnym momencie deszcz postanowił padać na tyle mocno, że wróciłem do łóżka. Nieco później udaliśmy się na Kopiec Kościuszki. Generalnie to na mapie było blisko, nie wzięliśmy tylko pod uwagę tego, że większość drogi była pod górkę.





Pewnie wspominałem już, że trochę padało. Oznacza to, że kostka, którą wyłożona jest droga na szczyt Kopca była bardzo śliska. W połączeniu z moim lękiem wysokości dało to mieszankę wybuchową. Jakimś cudem dotarłem jednak na górę, ale dopiero wtedy zrozumiałem swój błąd. Zejście w dół było bez porównania gorsze. W każdym razie... w trakcie schodzenia nikt nie zginął ani nie został ranny.



Do centrum postanowiliśmy wrócić autobusem. Interesujący nas przystanek okazał się być dokładnie przy ICE Congress Centre, także mogłem obejrzeć ten obiekt z bliska. Na razie z zewnątrz, ale na wszystko przyjdzie czas. Później kontynuowaliśmy powrót na Rynek znaną już dobrze trasą.  





Na wieczór przewidziany był występ Mike'a Rutherforda i jego mechaników. Wspominałem wcześniej, że skład nieco się zmienił. Jedyna różnica to ta za perkusją - tutaj pojawił się Steve Barney. Tak dla przypomnienia, pozostali występujący to Mike Rutherford, Andrew Roachford, Tim Howar, Luke Juby oraz Anthony Drennan. Tym razem Panowie promowali swój drugi wspólny album - Let Me Fly. O supporcie warto wspomnieć, że... był. Naprawdę, tyle informacji powinno wam wystarczyć.







Setlista zawierała kwintesencję twórczości Mike'a Rutherforda. Było trochę starych mechaników, trochę nowych. Pojawiły się też covery Genesis, które spotkały się z dość żywą reakcją publiczności. Setlista prezentowała się następująco:

1. Are You Ready
2. Another Cup of Coffee
3. Get Up
4. Silent Running
5. Save the World
6. The Best Is Yet to Come
7. Land of Confusion 
8. High Life
9. Wonder
10. Let Me Fly
11. A Beggar on a Beach of Gold
12. Cuddly Toy 
13. I Can't Dance 
14. Over My Shoulder
15. All I Need Is a Miracle

16. The Living Years
17. Word of Mouth

Zespół przez te 6 lat bez wątpienia poczynił postępy, jest zdecydowanie lepiej zgrany i czuć, że panowie dobrze czują się w swoim towarzystwie. Generalnie, wszystko było jak trzeba, ale z jakiegoś powodu to jednak koncert z Berlina będzie nadal zajmował szczególne miejsce na mojej koncertowej liście. Nie jestem w stanie tego racjonalnie wytłumaczyć. Jeśli zaś chodzi o samo ICE to z ogromną przyjemnością będę przyjeżdżać tu na następne koncerty. Jest to jeden z najlepszych obiektów, w których miałem przyjemność słuchać czyjegoś występu na żywo. Trochę żałuję, że nie mieszkam w okolicy.

A gdzie zabiorę was za tydzień? Wskazówek dotyczących wykonawcy i kraju polecam szukać wśród zdjęć z krakowskiego koncertu. Na jednej ze skrzyń znajdziecie odpowiedź.