czwartek, 20 października 2011

More than just a memory

Od dawna powtarzałem sobie, że jeśli Ray Wilson zawita do Warszawy w ramach trasy koncertowej promującej jego najnowszy album wraz z zespołem, Unfulfillment (więcej o płycie tutaj), to pojadę tam choćby mieli mnie wywalić z uczelni lub Chrystus miałby przyjść ponownie na świat. Wiele mówiono o miastach, gdzie miałyby się odbyć te koncerty, ale długo poza Wrocławiem nie było nic. Lecz wszystko się zmieniło po moim powrocie z Grecji. Siadam sobie wygodnie przy laptopie, włączam lastfm i widzę, jakieś nowe wiadomości. Sprawdzam, a tu zaproszenie na koncert Raya Wilsona & Stiltskin w warszawskim Hard Rock Cafe, data 18. października 2011 od 20:30. Szybko sprawdzam, wtorek. Myślę sobie, trudno, na pewno uda mi się jakoś tam dotrzeć. Sprawę ułatwił fakt, że niedługo później dowiedziałem się, że Hikari również ma w planach ten koncert. A gdy kupił bilet i powiedział mi, że jedzie samochodem razem z rodzicami, byłem spokojny o wszystko. Mogłem z czystym sumieniem kupić sobie bilet i odliczać tygodnie, dni, godziny... Na tę chwilę nie miałem rzecz jasna planu zajęć na uczelni i trochę beztrosko podszedłem do sprawy. Z czasem okazało się, że gdybym był w innej podgrupie to mógłbym się pożegnać z występem Raya na żywo. Później wyszła sprawa aparatu. Mój przecież nie działa. Ale i to dało się załatwić i na koncert zabrałem ze sobą Canona 5D mk. II 24-105 f/4 (mój mini test tutaj). Na koniec okazało się, że jest problem z samochodem. W ten oto sposób na dzień przed koncertem nie wiedziałem, czy potrzebnie dzwoniłem do managera Raya dopytywać się o akredytacje foto oraz czy w ogóle gdziekolwiek pojedziemy. Miałem już nawet plan awaryjny, ale koniec końców wszystko udało się ogarnąć i chwilę po 16 wyruszyliśmy w kierunku stolicy. Kłamałbym, gdybym powiedział, że nie byłem wtedy szczęśliwy.

Byłem też bardzo ciekawy, jak wypadnie support w postaci Aliego Fergusona, gitarzysty Raya i mojego ulubieńca, który miał zagrać kilka utworów wraz z braćmi Macmillan. Bardzo interesowało mnie również jak piosenki z Unfulfillment brzmią na żywo, czy koncertowe warunki im sprzyjają. Wkrótce było mi dane się przekonać...


Gdy pośród rozmów i wszelkich szumów usłyszeliśmy śpiew ptaków i narrację poprowadzoną łagodnym głosem, rozległy się gromkie brawa dla Aliego, który wszedł na scenę i zaczął robić to, co najlepiej mu wychodzi - grać na gitarze. Wraz z nim pojawili się rzecz jasna Ashley i Lawrie. Panowie zaprezentowali nam pięć utworów:

1. Hidden Instruments
2. Coincidence Is No Accident
3. Flickering Golden
4. In Morning Sky
5. Bending Bullets, Breaking Falls

Publiczność reagowała bardzo pozytywnie, nagradzając 'skradziony' zespół brawami po każdym z wymienionych utworów. Muszę też przyznać, że ta setlista zawierała moim zdaniem najciekawsze utwory z albumu 'The Windmills and the Stars', w tym moje ulubione Coincidence Is No Accident. Ogólnie rzecz ujmując, bardzo fajny i udany (jeden z lepszych wydanych w 2011) album został zareklamowany tak, jak reklamować powinien się każdy, prawdziwy muzyk - dobrym koncertowym mini setem. 




Można by narzekać, że 30 minut to mało. Lecz trzeba pamiętać, że wszyscy trzej muzycy mieli jeszcze przed sobą co najmniej 2 godziny gry podczas głównego występu, który miał niebawem nastąpić. 


Około 15-20 minut później, na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru - Ray Wilson & Stiltskin. Muzycy od razu zaczęli z grubej rury, serwując publiczności Bless Me, z ostatniej solowej płyty szkockiego muzyka, Propaganda Man. Odkąd usłyszałem tę piosenkę na żywo, wiedziałem, że jest to najprawdopodobniej najlepszy utwór, jakim można zacząć koncert. Dlatego też byłem bardzo zadowolony, że to on został zagrany jako pierwszy. Długo nie musiałem czekać na kolejny utwór z tej płyty, gdyż po Another Day, zagrano tytułowy utwór z tego albumu - Propaganda Man. Jego wersja koncertowa dość znacząco różni się od studyjnej. Długość zwiększa się dwukrotnie, pojawiają się solowe partie Filipa Wałcerza na klawiszach oraz fenomenalne solo Aliego Fergusona na gitarze, którego mogę słuchać w kółko. Za każdym razem, gdy słyszę to na żywo muszę mocno trzymać szczękę rękami, żeby nie spadła do samej podłogi. 




Po mocnych, trzech pierwszych kawałkach przyszedł czas na nieco lżejsze, akustyczne piosenki. Na początek Goodbye Baby Blue, z 'Change', a następnie pierwszy utwór z nowej płyty - First Day of Change i koncertowy klasyk i mój faworyt z 'She' - Lemon Yellow Sun. Kolejne trzy świetne piosenki, a koncert dopiero, co się zaczął. Byłem pod wrażeniem repertuaru, jaki prezentował nam zespół, ale najlepsze dopiero było przed nami. 




Mija chwila i na scenie pojawia się wielki bęben, do którego podchodzi Wilson. Dla bardziej wtajemniczonych było to jednoznaczne - czas na Congo z Calling All Stations, albumu, który Ray nagrał razem z Genesis. Bez wątpienia jest to jedna z tych piosenek, które robią absolutną furorę na koncertach. Trudno jest mi opisać to, jak dobrze prezentuje się ta piosenka na żywo. Trzeba przyznać, że projekt Genesis Klassik wpłynął bardzo dobrze na wiele utworów, również na następny, również z tego samego albumu, z tym, że teraz chodzi o piosenkę tytułową. Specjalnie do niej Ali używa innej gitary, pomarańczowego Fendera Stratocastera.  





Kolejna mocniejsza część zakończona, zatem pora na kolejną zamulająco-akustyczną. Swoją drogą, takie połączenie mocnych kawałków na przemian z spokojnymi bardzo dobrze się sprawdza. Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie się tego słucha. Zawsze jest chwila na złapanie oddechu po mocniejszych utworach. W kolejnej akustycznej trójce znalazło się More than just a memory z nowego albumu, Shipwrecked z 'Calling All Stations' i kolejny utwór z Propaganda Man - Razorlite. Pierwszy z nich, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, wersja studyjna była dla mnie średnia, na żywo pojawiło się nieco więcej intrygujących gitarowych dźwięków, głównie dzięki duetowi Uwe Metzler i Ali Ferguson, z czego ten pierwszy, ponownie trafił do koncertowego składu (wcześniej był w nim do końca 2006 roku). 


Ale nie oszukujmy się, ich środowiskiem naturalnym są mocniejsze piosenki, gdzie mogą pokazać, na co naprawdę ich stać. Przykładem mogły być kolejne trzy piosenki: Fly High z 'She', Accidents Will Happen czy Voice of Disbelief z 'Unfulfillment'. Wykonania dwóch ostatnich biją na głowę to, co można usłyszeć na albumie, nadają im trzeci wymiar, którego nie da się odtworzyć w warunkach studyjnych. W ramach równowagi Ray przypomniał nam Change, która pojawia się niezmiennie w setlistach od 2003 roku, czyli od momentu, w którym Szkot zadebiutował jako solowy wykonawca albumem o tym samym tytule. Nie jestem pewny na 100%, ale obstawiam, że na wszystkich dziewięciu koncertach Raya, na których byłem, na wszystkich pojawiła się ta piosenka. I wierzcie mi, nadal z przyjemnością jej słucham. Nie tylko na koncertach, ale i w domowym zaciszu. Pojawił się również akcent z jednej z najmniej docenionych płyt w dorobku Wilsona, albumu 'Millionairhead'. Niestety nie było to moje ulubione Hey, Hey, a Sarah. Nigdy za nią nie przepadałem i nic się w tym kierunku nie zmieniło. Jednak tego samego nie mogę już powiedzieć o kolejnej piosence, kolejnej z nowego albumu - Tale From A Small Town. Była to pierwsza piosenka z nowej płyty, którą fani mieli okazję usłyszeć. Jej wykonanie na żywo miało miejsce podczas jednego z koncertów akustycznych w marcu. Zamykając ostatnią sekcję piosenek akustycznych podczas koncertu, zespół zagrał czwartą piosenkę z 'Calling All Stations', Not About Us oraz jedyną piosenkę z albumu Swing Your Bag, której Ray najwidoczniej się nie wstydzi. Co więcej, uznaje ją za najlepszą piosenkę jaka kiedykolwiek powstała. Chodzi oczywiście o The Airport Song. Wystarczy spojrzeć na stosunek Aliego i Lawriego do tej piosenki, by przekonać się, ile jest prawdy w tym, co powiedział Ray. Jeśli ktokolwiek w ogóle wziął to na poważnie. Nawet Filip złapał się za głowę.



Rolę przejścia do kolejnych ostrzejszych kawałków spełniło Constantly Reminded. Później już bardzo ciężkie i mroczne Guns of God, z odpowiadającą ilością basu, którego moim zdaniem brakowało na wersji albumowej. Końcówkę stanowiły sztandarowe piosenki Stiltskin: She, Footsteps i najbardziej znane wszystkim fanom rocka Inside. 

W ramach wykrzyczanego i wyklaskanego przez cały koncert bisu usłyszałem dwa kolejne utwory z najnowszej płyty: pierwszy singiel - American Beauty i piosenka, która już od momentu usłyszenia jej zapowiedzi na jednym z wideo na youtube stała się moją ulubioną - The 7th Day. Pierwsza z nich opowiada o amerykańskim śnie, o żołnierzach walczących w Iraku itp. Osobiście nie za bardzo widzę to w tekście, ale skoro Ray tak mówi, to zapewne taki był jej zamysł. Natomiast druga oparta jest na bardzo ciekawej koncepcji, którą pokazywałem w recenzji tego albumu. Opowiada historię związku, który najpierw się kończy, a potem zaczyna. Ray przez to zadaje słuchaczom pytanie: jak zachowałbyś się, wiedząc jak skończy się dana relacja z drugą osobą. Bez wątpienia tekst daje do myślenia. Niektórzy twierdzą nawet, że to piosenka o mnie! :D



I nadszedł koniec. Mimo protestów Ray zaprezentował cały zespół, ładnie się pożegnał i podziękował. Zatem:
wokal: Ray Wilson
gitarzyści: Steve Wilson, Ali Ferguson, Uwe Metzler
gitara basowa: Lawrie Macmillan
perkusja: Ashley Macmillan
instrumenty klawiszowe: Filip Wałcerz
instrumenty smyczkowe: Alicja Chrząszcz oraz Barbara Szelągiewicz




Po koncercie jak to zwykle w przypadku Raya, gdzieś można spotkać zespół, porozmawiać, zrobić sobie zdjęcie, poprosić o autograf itd. Miałem okazję porozmawiać z Alim o kolejnej solowej płycie, sprawdzić swoje zdolności z języka niemieckiego z Uwe, dopytać Raya o kolejny koncert w Łodzi czy też poznać ciekawą historię związaną z tym fragmentem bookletu albumu 'Unfulfillment':


Jak widzicie, nie ma na zdjęciu ani Alicji, ani Basi. Dziewczyny śmieją się, że Alicja, to dziewczyna, której obrazek znajduje się przy tekście She Flies, zaś Basia stoi samotnie na moście na grafice koło tekstu do More than just a memory. Grunt to dystans do siebie i poczucie humoru. 

Jak zwykle w przypadku koncertu pod szyldem Stiltskin, nie zawiodłem się ani trochę. Jestem szczęśliwy, że miałem okazję po raz kolejny być na ich koncercie, których z roku na rok w Polsce jest co raz mniej. Mam nadzieję, że to się zmieni, gdyż w przeciwnym razie trzeba będzie jeździć na koncerty do Berlina albo Drezna. O ile będą w weekend, nic nie stoi na przeszkodzie bym i tam się pojawił!

środa, 21 września 2011

The 7th Day

Mój aparat odmówił współpracy, ale to nie oznacza, że nie zrobiłem już więcej zdjęć. Jest ich trochę mniej. Jednak tym razem chciałbym napisać o kilku ciekawych czy też śmiesznych historiach, które miałem okazję zobaczyć na własne oczy. Trochę więcej przemyśleń, anegdot, nieco mniej zdjęć.

Czwartego dnia (jak pisałem post wcześniej) zwiedzaliśmy przez cały dzień Ateny. Nie latałem wtedy jak szalony z aparatem, a skupiłem się na oglądaniu starożytnej architektury, kontemplacji i podglądaniu innych ludzi. Na przykład dojrzałem kłócącą się parę przy Partenonie. Bardzo romantyczne. Poszło im chyba o to, w którą stronę powinni teraz iść. Rzeczywiście, bardzo duży problem.

Natomiast będąc w ateńskim centrum zostaliśmy zgarnięci przez pracownika z jednej z tamtejszych tawern. I tak zamierzaliśmy gdzieś się zatrzymać, więc było nam to nawet na rękę. Zajmujemy odpowiadające nam miejsce i czekamy. Okazuje się, że zamówienia składa inna osoba. Czekamy dalej, jak to w Grecji. W końcu ktoś się zjawia. Składamy zamówienie, idzie gładko. Zadaje mu proste pytanie po angielsku, gość się wije, tłumaczy i pierdoli bez sensu. Wniosek prosty, nie zrozumiał tego, co do niego powiedziałem. A zapytałem tylko jak długo będziemy czekać na zamówienie. No tak, przecież w Grecji nie istnieje pojęcie czasu. Zupełnie zapomniałem... Na szczęście (jak na greckie warunki) sprawnie się uwinęli i spróbowaliśmy greckiego gyrosa. Świetny!

Ostatnia rzecz z Aten. Równo o 16:00 na placu Sindagma rozpoczęła się zmiana warty. Przewodniczka nas uprzedzała, żeby przypadkiem nikt się nie śmiał, bo to przecież ich tradycja i tak dalej... Z początku myślałem, że nie ma szansy, żeby to było śmieszne. Przecież to jest zmiana warty... Coś bardzo poważnego, na pewno Grecy nie zrobiliby z tego jakiegoś cyrku. Ale... musiałem powstrzymywać się od śmiechu i to dość często... Bez wątpienia warto to zobaczyć. Jak będziecie w Atenach, koniecznie zajrzyjcie na plac Sindagma i zobaczcie zmianę warty. Albo obejrzyjcie ją na youtube. Na pewno coś tam będzie. Zrozumiecie wtedy o czym mówię.


Piątego dnia zwiedzaliśmy przylądek Sunion położony u południowo-wschodnich wybrzeży Attyki. Dzięki wikipedii dowiedziałem się, że znajdujące się tu ruiny świątyni Posejdona są drugim najchętniej fotografowanym miejscem w Grecji zaraz po ateńskim Partenonie. Szczerze powiedziawszy jest do dla mnie kolejna sterta kolumienek i kamieni położona w genialnym miejscu, podobnie z resztą jak Partenon. To, co moim zdaniem jest ciekawe w tym miejscu to możliwości robienia zdjęć wybrzeża Morza Egejskiego. Tam z pewnością muszą genialnie wychodzić zachody słońca (do tego momentu czynny jest ten obiekt). Ale co z tego, skoro byliśmy tam od samego rana?




Następny przystanek - Kanał Koryncki. Kanał łączący Morze Egejskie z Morzem Jońskim. Dzięki niemu, statki mogą skrócić sobie drogę o ok. 400 km. Na pewno jest to bardzo ciekawe miejsce pod względem logistycznym, ale jeśli chodzi o aspekt turystyczny to trochę słabo. Nie robi on za dużego wrażenia.


 


Szósty dzień rozpoczął się obiecująco. Od Epidauros, o którym wspominałem w poprzednim poście. Później było już tylko gorzej. Między innymi zostaliśmy zabrani w miejsce, gdzie wyrabia się ręcznie różnego rodzaju naczynia. 



 

Jeśli przed tym dniem nie miałem jeszcze dość starożytnych kamieni i kilku kolumienek, które miałem w swojej wyobraźni przetworzyć sobie w wspaniałe świątynie, to po tym dniu zdecydowanie miałem już tego po dziurki w nosie. Kamienie, kolumny, kamienie. A tu był taki święty i ble ble ble. O ile w Mykenach jeszcze było na co popatrzeć, to Korynt to jedno wielkie pole wypełnione kamieniami. Fajny był Grobowiec Agamemnona, który znajduje się niedaleko Myken. Starożytni to mieli łeb. Bez żadnej zaprawy składając kamień po kamieniu tak je ułożyli, że na samej górze widać sklepienie. A z zewnątrz nic na to nie wskazuje.


Siódmy, ostatni dzień zwiedzania Grecji. Pojechaliśmy do Termopil, by zobaczyć pomnik Leonidasa i repliką tablicy upamiętniającej słynną bitwę pod Termopilami z wyrytym epigramem Symonidesa: "Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym, jej syny. Prawom jej do ostatniej posłuszni godziny". Wielce podekscytowany ruszyłem w kierunku tej tablicy. I co? Wielkie rozczarowanie. Spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego, a nie kawałka blachy, który wystaje z ziemi...



W ten oto sposób zakończyłem planowe zwiedzanie Grecji i mam dość mocno mieszane uczucia. Z jednej strony miejsca, które robią ogromne wrażenie, a z drugiej takie, które najzwyczajniej w świecie rozczarowują.

Pamiętam, że bardzo brakowało mi w programie zwiedzania Olimpu, miejsca niemalże kultowego. Nic straconego, patrzę na listę wycieczek fakultatywnych podczas drugiego tygodnia i co widzę? Tak jest, wycieczka na Olimp! Nie wiedziałem tylko jak wielkie rozczarowanie czeka mnie tym razem...


Taki widok czekał na mnie na wysokości ponad 900 m.n.p.m. Trochę słabo... Z drugiej strony panorama na całe wybrzeże, ale ze względu na poranne godziny warunki do robienia zdjęć zbytnio nie sprzyjały. Poza tym przejrzystość powietrza była stosunkowo słaba, zatem darowałem sobie robienie zdjęć. Z resztą nie było tam niczego takiego, czego bym już wcześniej nie widział.



Zamiast skupić się na widokach z góry, skoncentrowałem się na zwierzętach. Nieopodal dojrzałem muły, a naszej grupie w wycieczce po okolicy towarzyszyła bardzo sympatyczna suczka. Pod względem psów, Grecy są bardzo w porządku. Nie łapią bezpańskich psów, nie biją ich i nie usypiają. Jak już takiego znajdą, to szczepią go, zakładają obrożę i sterylizują. W każdym większym mieście można spotkać jakieś psy i są one bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Pewnie dlatego, że są przez nich dokarmiane. W wielu miejscach stoją też miski z wodą, żeby taki pies nie padł z wycieńczenia.


Następnym punktem wycieczki było miasteczko Litochoro. Według przewodniczki jest to miejsce, którego nie odwiedzają turyści. Ciekawe zatem co robił tam ten Mercedes-Benz ML63 AMG z księstwa Monaco...


 

Nie oszukujmy się. Tu przyjeżdża dużo turystów i to, co usłyszałem to była niezła ściema. Po co tu przyjeżdżają autokary pełne turystów? Wszyscy zjawiają się tu w jednym celu - kierują się w stronę wąwozu rzeki Enipeas. Podobno na samym jej końcu znajduje się wodospad. Ja nazwałbym to ściekiem, albo ścieżką moczu jednego z greckich bogów wypływającą przez skałę i gromadzącego się w zbiorniku poniżej. Tak to mniej więcej wygląda. Nie mniej jednak idąc akweduktem w tamtym kierunku, zobaczymy fenomenalne widoki i... dowód, że Grecy nie znają angielskiego... 


Wracając dojrzałem kolejną ciekawą rzecz:

I na pożegnanie z Litochoro jeszcze jedno zdjęcie:

Przedostatni punkt programu, zamek w Platamonas. Znajdował się on ok. 5 km od hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, ale samodzielna wycieczka od samego początku była odradzana wszystkim na spotkaniu organizacyjnym. Jedyna rzecz, jaką rzekomo zachwalali ludzie, którzy tam byli to "fajne żółwie".


Z zewnątrz nie wygląda za ciekawie, to prawda. Ale skoro już tu przyjechaliśmy a bilet wstępu miałem za darmo to stwierdziłem, że co mi szkodzi wejść na górę. Przekonam się na własne oczy, czy rzeczywiście warto. A w środku niespodzianka, widok z murów zamku jest po prostu zaaajebisty! Z ogromną przyjemnością kręciłem się po okolicy. Niestety dużo czasu nie było, więc szybki rekonesans i było tego na tyle.

 

Ostatnim etapem tamtejszej podróży był lunch oraz zwiedzanie górskiej wioski Paleos Panteleimonas. Przy tej okazji mogę wspomnieć nieco o greckiej kuchni. Po pierwsze, Grecy używają chleba do wszystkiego. Jesz kurczaka z frytkami, ale taki Grek zagryzłby to jeszcze chlebem. Po drugie, jeśli Grek chce zjeść kanapkę, to idzie do knajpy. Sam jej sobie nie zrobi. Po trzecie, może ze mną jest coś nie tak, ale Grecy nie potrafią dobrze przyprawić mięsa. Jest jakieś takie mało wyraziste. Mają za to fenomenalne Tzatziki. A jeśli widzicie Greka, który tłucze talerze z bananem na twarzy to nie martwcie się, to podobno przynosi szczęście.

Ach, czas na kilka zdjęć z tej wioski...


Tym razem to już naprawdę koniec. Więcej o Grecji nie będzie, nie planuje też powtórki z rozrywki w przyszłym roku. Co najwyżej dokładniej przyjrzę się greckiej części Cypru, a tak to kto wie, co będzie za rok. Na pożegnanie dołączam dwa ostatnie zdjęcia, które zrobiłem podczas swojego pobytu w Helladzie.


3,000 wyświetleń przekroczone! Dziękuję wszystkim odwiedzającym :)