niedziela, 25 marca 2012

Travelling: Songs From Studios, Stages, Hotelrooms & Other Strange Places

Podczas podróży jego starym, pomalowanym na pomarańczowo VW Passatem rozwmawiali o Bogu i o świecie, on powiedział jej, że niejaki Kjelle Andersson z wytwórni EMI zadzwonił do niego. Ale oboje nie utrzymywali ze sobą bliższego kontaktu. Ona uważała go za „głupiego faceta”, który wciąż mieszka ze swoją matką i nie umie się dobrze ubrać. On zaś słyszał wielokrotnie jak śpiewa i uważał jej głos za bardzo dobry, dopóki nie krzyczała jak Yoko Ono. Lecz nie wyglądała tak jak Elizabeth Taylor, a jej pianino było nieznośnie głośne. Brzmiało okropnie.

Celowo nie podawałem tutaj żadnych nazwisk. Jak myślicie, o kogo tutaj chodzi? Po tym fragmencie dalibyście im szansę na dłuższą współpracę? Wieloletnią przyjaźń? A może ich drogi rozejdą się zaraz po tym, jak ona wysiądzie z pomarańczowego VW Passata? A może ktoś z was patrzy na nazwisko faceta z EMI i już wie o kim będzie ten tekst? Wie, że on to Per Gessle, a ona to Marie Fredriksson, czyli super duet znany jako Roxette. Jak widać trudne początki często potrafią dać w kość, ale cierpliwość może popłacić. Zwłaszcza w tym przypadku. Nie będę wam przybliżał w całości całej biografii zespołu, bo nie o to mi tutaj chodzi (co nie zmienia faktu, że chętnie kiedyś bym się tym zajął). 

W skrócie: w 1986 za sugestią EMI, Per i Marie wydają singiel Neverending Love jako duet Roxette. Utwór zyskuje sławę w Szwecji, ale nigdzie poza nią. To, że znamy ten zespół jest zasługą pewnego amerykańskiego studenta. W 1988 Dean Cushman podczas wymiany, dzięki której znalazł się w Szwecji poznał Roxette i stwierdził, że zabierze ze sobą ich płytę Look Sharp! Będąc już w Stanach, poszedł do rozgłośni KDWB by DJ zapoznał się z nią i nadał na antenie radia w ramach programu, w którym słuchacze sami wybierają piosenki, które chcą usłyszeć na antenie. Płyta przeleżała przez tydzień i nikt się nią nie zainteresował. Dean wrócił po płytę i nagle w studio zrobiło się zamieszanie. Przesłuchajmy ją chociaż raz. I nagle w głośnikach zabrzmiało The LookTo brzmi świetnie! (…) Popatrz na dziewczynę. Wygląda tak słodko! Jak się nazywa? Roxette?... Tego samego dnia w amerykańskim radiu 101.3 MHz w Minneapolis po raz pierwszy rozbrzmiała muzyka szwedzkiego duetu. W krótkim czasie stała się ona najchętniej wybieraną przez słuchaczy piosenką do powtórnego nadania na antenie. W niedalekiej przyszłości obudziło się EMI USA. Roxette? Mamy podpisany z nimi kontrakt? A późnym wieczorem 28 marca 1989 do Pera zadzwonił  Thomas Erdtman oznajmiając mu: Jesteś numerem 1 w Stanach!

Później już było z górki, wystarczy, że wymienię Dressed For SuccessListen to Your Heart czy Dangerous. Brzmi znajomo? W 1992 powstał album Tourism – Songs From Studios, Stages, Hotelrooms & Other Strange Places. Czwarty album superduetu, który jak widać po tytule powstał w niecodziennych okolicznościach. Zespół napisał teksty i muzykę oraz nagrał całość pomiędzy kolejnymi koncertami. Na płycie znalazł się kolejny wielki przebój – How Do You Do! Niestety wraz z tym albumem popularność zespołu w USA zaczęła maleć, jednakże w Europie nadal cieszył się niesłabnącą popularnością. W latach 1996-1999 Roxette zawiesiło działalność. Pojawia się Have  a Nice Day, a w 2001 Room Service. Rok później u Marie został stwierdzony rak mózgu, choroba zarówno wtedy jak i dziś uważana za śmiertelną. Fredriksson dostaje tysiące listów od fanów ze wsparciem. Z okazji dwudziestolecia zespołu w 2006 pojawiają się kolejne albumy podsumowujące działalność Roxette, ale w dalszym ciągu ze względu na stan zdrowie Marie nie powstają nowe nagrania.

W 2008 zarówno Per jak i Marie angażują się w różne muzyczne projekty. Gessle wydaje swój siódmy anglojęzyczny album solowy Party Crasher, promowany singlem Silly Really. Po jego premierze w szwedzkim tabloidzie Expressen Per zostaje uznany za „geniusza popu”. Z okazji  pięćdziesiątych urodzin artysty (1959-2009), postanawia on wyruszyć w klubową trasę po Europie Per Gessle - The Man from Roxette „Party Crasher Tour 2009”. Na liście miast, które odwiedził Szwed znalazła się Warszawa, ale w tym wypadku warto jednak wspomnieć o innych miastach: o Amsterdamie i Sztokholmie. 6 maja i później 10 (na drugim koncercie w Sztokholmie, zamykającym tę trasę koncertową) gościem specjalnym była Marie Fredriksson, która zaśpiewała The Look i It Must Have Been Love. Teraz fani mogli być pewni, że wielki powrót jest bardziej niż możliwy. Jeszcze w tym samym roku Roxette zagrało razem z orkiestrą w ramach The Night of the Proms.

23 października 2009 szwedzkie Expressen podało informację, że Roxette pracuje nad nowym materiałem. 4 sierpnia 2010 odbył się tajny koncert w Hotelu Tylösand, którego właścicielem jest Per Gessle. Miał to być występ w ramach przygotowań do nadchodzącej trasy koncertowej. Zanim jednak pojawiły się jakiekolwiek informacje na ten temat, ogłoszono, że zespół wystąpi w Warszawie w ramach świętowania nadejścia Nowego Roku. Niedługo później, na początku listopada 2010 pojawiła się informacja o pierwszych koncertach w 2011 roku. Osoby, które nie mogły pojawić się 31.12.10 na placu Konstytucji odetchnęły z ulgą. W koncertowej rozpisce pojawił się warszawski Torwar (relacja tutaj).

10 stycznia 2011, na miesiąc przed premierą płyty Charm School, pojawia się singiel promujący –  She's Got Nothing On (But The Radio). Utwór został czwartą najczęściej graną piosenką na świecie, bijąc rekord How Do You Do! Sam album trafił do Top 20 w jedenastu europejskich krajach,  ale sprzedawał się doskonoale również poza starym kontynentem.

Trasa koncertowa rozpoczęła się 28.02.2011 w Kazaniu i obecnie ma krótką przerwę. Ciąg dalszy 17 kwietnia 2012 w Caracas, w Wenezueli. Na liście po raz kolejny pojawiła się Polska. Tym razem Roxette zagra w Ergo Arenie, znajdującej się na granicy Gdańska i Sopotu.

W tak zwanym międzyczasie, między jednym koncertem a drugim, Per Gessle wraz ze swoimi współtowarzyszami pracował nad kolejnym albumem. Jego robocza nazwa to T2 – Tourism 2, ale ostatecznie została zmieniona na Travelling. Dlaczego? 

Moim zamysłem było nazwanie go Tourism 2, uważałem, że to ma sens, gdyż cały koncept albumu był taki sam (jak w przypadku Tourism), taki sequel, ale to nasza wytwórnia uważała to za zły pomysł, powiedzieli, że ludzie będą zdezorientowani i będą to mylić. Więc powiedziałem OK, a co z T2? Wtedy powiedzieli nie, bo tytuł z numerem jest zły, a wtedy spytałem co z albumem Adele 21... i nie odpowiedzieli na to pytanie (śmiech). Na koniec dnia, Marie i ja wygłupialiśmy się z różnymi pomysłami i wpadłem na ten z Travelling, ponieważ to jest tak, że Roxette teraz cały czas podróżuje, w końcu bardzo spodobał nam się ten tytuł i go zmienilismy zamiast kłócić się ciągle z wytwórnią... Ale zostawiliśmy ten sam dopisek „songs from studios, stages, hotel rooms and other strange places”. Z jakiegoś powodu niektórzy uznają pewne rzeczy za skomplikowane... - wyjaśnia Per Gessle w ostatnim wywiadzie dla The Daily Roxette.

2 marca 2012 pojawia się pierwszy singiel z płyty It's Possible (Version One). A 20 marca na jednej z niemieckich stron można posłuchać całego albumu tuż przed jego premierą! No dobra, nie do końca. Można posłuchać, o ile legitymujemy się niemieckim IP. W sumie... dla wprawnego komputerowca nic trudnego. W Czechach album pojawia się w sprzedaży w czwartek, 22.03, W Niemczech w piątek, 23.03, a w Polsce i pozostałych krajach 26.03. U nas jak zwykle na końcu... Znając życie, albumu i tak w poniedziałek nie będzie na wszystkich półkach sklepowych. Na szczęście po wielu bojach z Empikiem udało mi się wywalczyć pre-order na ich stronie i nie muszę latać ze skręconym kolanem do Manufaktury by sprawdzić, czy mogę już ten album kupić. Kulturalnie dostanę powiadomienie na emaila. Z drugiej strony, nie muszę przecież jej kupować, skoro mam dostęp do darmowej strony, na której mogę sobie słuchać ile wejdzie. Ale nie o to chodzi. Chodzi o wsparcie dla artystów, których pracę się docenia. Nie chodzi o jaranie się, wrzucaniem kawałków na facebooka i wypisywaniu bzdur na shoutach wykonawców na lastfm. Chodzi o kupowanie albumów, biletów na koncerty, tworzenie społeczności, fanklubów itp. To się nazywa wsparcie i szacunek dla artysty. 

Datę oficjalnej premiery w naszym pięknym kraju podałem przed chwilą. Powtarzam, oficjalną. Z reguły bywało tak, że nie było szansy, by jakakolwiek płyta pojawiła się wcześniej. Ale tym razem stało się inaczej. W sklepach sieci Media Markt oraz Saturn album pojawił się już w piątek! Brawo, świetny ruch w kierunku zniecierpliwionych fanów. Każdy sprytny i cwany Polak pomyśli, że tu musi być jakiś haczyk. Może cena? Nic z tych rzeczy, jest taniej niż w komercyjnym i zacofanym Empiku. Ciekawe ile osób zrezygnowało z ich zamówienia, gdy usłyszało tę wiadomość... Na przykład ja. Gdy usłyszałem ten hot news na roxette.pl to zacząłem się poważnie zastanawiać nad pojechaniem do Galerii Łódzkiej, ale po tym, jak w zeszłym roku w dzień premiery nie mogłem dostać Charm School, stwierdziłem, że nie mam po co. Co więcej, kilka osób pisało, że w niektórych miastach trzeba czekać do poniedziałku... I ja mam radośnie jechać nie będąc pewnym czy jest w tym jakikolwiek cel? Jeszcze z nogą w gipsie? Bez sensu. W sobotę jednak myśli nadal kierowały mnie w kierunku centrum. A w niedzielę wybrałem się radośnie na wycieczkę. Miałem już dość siedzenia w domu i powiedziałem sobie trudno, najwyżej wrócę z pustymi rękami. Lekko nie było, ale gdy udało mi się w końcu dostać do Media Markt byłem wściekły. Podchodzę do półki, gdzie zawsze były płyty Roxette, patrzę, patrzę jeszcze raz, szukam czy aby na pewno mnie oczy nie mylą i nic... Nie ma. No pięknie... Cała wyprawa poszła się... Załamany stwierdziłem, że ostatnią deską ratunku będzie spytanie kogoś z obsługi sklepu. Podchodzę do Pani i pytam czy jest może nowy album Roxette. W odpowiedzi słyszę, że jest na dziale z nowościami, który jest dokładnie za moimi plecami... Podziękowałem za pomoc, chwyciłem za płytę i udałem się w kierunku kasy. Ale idąc coś niepokojącego rzuciło mi się w oczy. Przyglądam się bliżej i już wiem. 54,99? Miało być 49,90... Dobra, nie żebym się wracał i odkładał tę pozycję z powrotem na półkę, ale jak to jest, że w tej samej sieci sklepów w innych miastach jest taka różnica w cenie? Z drugiej strony lepiej, że jest drożej, niż miałoby być w poniedziałek....

Zapoznajmy się w końcu bliżej z albumem. Tytuł, jego pochodzenie, proces twórczy, koncept i biograficzne powiązania już są znane. Czas na zespół. Tak na dobrą sprawę tutaj wiele się nie zmieniło, nie tylko względem Charm School, ale ten sam zespół pracował już nad Party Crasherem, o którym nie bez powodu wcześniej wspominałem. Pominąłem natomiast inny album, mianowicie Gessle Over Europe. Dlaczego? Nie jest on bardzo istotny przy omawianiu Travelling, ale warto o nim wspomnieć. Jest to zapis z trasy koncertowej Pera z 2009 roku. Wydanie zawiera po jednej płycie CD i DVD. I po co o nim mówię? Bo lubię zanudzać i wkurzać ludzi. A tak na serio, to dlatego, że Per podczas tej trasy grał głównie piosenki szwedzkiego duetu z tym samym zespołem, który od 2011 roku koncertuje pod szyldem Roxette, wyłączając Marie rzecz jasna. Zatem, przedstawmy ich:

Per Gessle – wokal główny, gitara 
Marie Fredriksson – wokal główny
Clarence Öfwerman – instrumenty klawiszowe
Christoffer Lundquist – gitara, chórki
Helena Josefsson – chórki
Pelle Alsing – perkusja
Magnus Borjesson – gitara basowa, chórki

Także brzmienie na CD/DVD Gessle Over Europe jest bardzo zbliżone do tego, które możemy usłyszeć na dwupłytowym Charm School. Bo o ile w przypadku tego albumu pochodzenie piosenek było względnie oczywiste, to na Travelling dostajemy jedną płytę, pełną różnego rodzaju kompozycji. Mamy tutaj utwory na żywo, których nie było wcześniej na żadnej, z trzech wyżej wymienionych płyt, są nowe wersje starych utworów Roxette, jest jeden kawałek zapożyczony z Party Crashera (również nowa wersja) oraz zupełnie nowe, napisane i nagrane między światowym tournée. Które są które?

Nowe utwory:
Me & You & Terry & Julie
Lover Lover Lover
Turn of the Tide
Touched by the Hand of God
Easy Way Out
It's Possible
Excuse Me, Sir, Do You Want Me to Check on Your Wife?
Angel Passing

Nowe wersje starych utworów:
Perfect Excuse 
The Weight of the World 
See Me

Utwory na żywo:
Stars
She's Got Nothing (On But The Radio)
It Must Have Been Love

Prawie wszystkie piosenki są autorstwa Pera Gessle (zarówno tekst jak i muzyka). Dokładni obserwatorzy zauważą, że przy utworze See Me figuruje nazwisko zarówno Pera jak i Marie. Tutaj nic od dawna się nie zmieniło. Nie od dziś wiadomo, że głównym twórcą w tym zespole jest właśnie Gessle – jeden z najbogatszych Szwedów, właściciel firm Funbag oraz Tres Hombres, kilku wytwórni muzycznych, wspomnianego wcześniej hotelu oraz całej ich sieci. W tym momencie do głowy wpada myśl: on chyba nie jest jedną z tych osób, które wydają nowy album / jadą w trasę, bo brakuje im kasy na luksusowe i beztroskie życie. To jest jeden z tych artystów, którzy kochają muzykę i dlatego ciągle tworzą, mimo tego, że mogliby już sobie dać z tym spokój. Każda sprzedajna marionetka (a takie obecnie dominują w przemyśle muzycznym) już dawno zabrałaby kasę i zakończyła karierę. A tutaj jest na odwrót. Osiągnąłem już wszystko tworząc świetną muzykę, zgarniając pierwsze miejsca, gdzie się tylko dało. Zobaczmy, czy nadal jestem w tym dobry i ktoś chce tego słuchać. Jak widać nieprzerwanie jest popyt na tego typu muzykę. Szkoda tylko, że EMI Polska wypięło się na promocję tego albumu. Na taką reklamę, na jaką ten album zasługuje. Chociażby taką, jaką ma on u naszych zachodnich sąsiadów... Szansa, że Travelling powtórzy sukces poprzedniego nagrania choćby ze względu na promocję jest mało realny. Bez względu na to, co ten album sobą będzie prezentować.




Wracając do tematu: w booklecie znajduje się całkiem sporo wszelkiego rodzaju zdjęć, autorstwa zarówno profesjonalnych fotografów, fanów (w tym Justyny – fanki z Polski), a nawet żony Pera! Poza tekstami i informacją o zespole, stronach internetowych, znajdziemy również krótki wstęp dla fanów od Marie i Pera. Bardzo miły gest, który coraz rzadziej się pojawia. Wkurza mnie też to, że wytwórnie wypuszczają albumy bez bookletów (edycje wschodnioeuropejskie, o ile dobrze pamiętam). Dla mnie to jest nie do przyjęcia, jakbym go nie chciał to kupiłbym sobie album w wersji mp3... Dla mnie to podstawa, integralna część każdej płyty. Tutaj jest bardzo fajnie i przyjemnie. Wszystko po kolei, na swoim miejscu. Tak jak powinno być.

Skoro już wiemy, jak wygląda Travelling, czas go posłuchać:


1. Me & You & Terry & Julie
Świetna piosenka otwierająca, najprawdopodobniej najbardziej szalona rzecz, jaką kiedykolwiek zrobiliśmy. Terry & Julie to postaci z piosenki „Waterloo Sunset” autorstwa zespołu The Kinks. Pomyślałem, że dobrym pomysłem będzie dać im nowe życie w nowoczesnym świecie – wyjaśnia Per Gessle. Zaczyna się spokojnie i przyjemnie, wspólnym śpiewem Pera i Marie. A po chwili... totalne zaskoczenie. Muzyka przyspiesza, śpiewa już tylko Marie. Później muzyka zwalnia, śpiewa Per. Dołącza się Marie. Per ziewa. I znowu rytm staje się szybszy. Na końcu piękne akustyczne zakończenie z akompaniamentem śpiewających mew. Bez wątpienia bardzo ciekawa propozycja jak na początek. Taka nietypowa, złożona popowa pioseneczka. Zdecydowanie przypadnie do gustu fanom lekkiego popu. 


2. Lover Lover Lover
Ulubiony utwór zarówno Marie jak i Pera. Nie bez powodu. Kolejny melodyjny i przyjemny kawałek, z okropnie chwytliwym refrenem. Jeśli ktoś zastanawiał się, czy słusznie Per Gessle został nazwany geniuszem popu to tutaj może się przekonać, o prawdziwości tego stwierdzenia. Tutaj Marie i Per są wspierani wokalnie przez Helenę Josefsson, która umówmy się szczerze, sprawuje się genialnie. Znakomicie sprawdziła się jako pomocniczy wokal na solowych albumach Gessle oraz tutaj w końcu dostała swoją szansę i ją wykorzystała. Na Charm School nie mieliśmy okazji posłuchać jej jakże ciekawego głosu.




3. Turn of the Tide
Piosenka napisana w 1999 podczas prac nad albumem Have a Nice Day, ostatecznie jednak nie znalazła się na tej płycie. By ujrzeć światło dzienne musiała przeleżeć w szafie trzynaście lat. Warto było czekać? Zdecydowanie tak! Jest to bez wątpienia jeden z tych utworów, w których Marie Fredriksson pokazuje, że w dalszym ciągu jest wokalistką światowego formatu. Brawa należą się też Perowi Gessle za piękny tekst i muzykę. Jego wokalne wsparcie też nie pozostaje niezauważone, bardzo ładnie komponuje się i współgra z całością.


4. Touched By the Hand of God
Kolejny ulubiony utwór Marie. Pierwotnie była to tytułowa piosenka poprzedniego albumu – Charm Schoolnagrywana trzy razy i wszystkie trzy wersje były beznadziejne – wspomina Per Gessle. Ale mimo to uwielbialiśmy tę piosenkę, więc postanowiliśmy dać jej jeszcze jedną szansę, nagrywając ten album. W końcu brzmiało to jak należy, więc zmieniłem tytuł na „Touched By the Hand of God”, żeby nie mylić ludzi. Mamy tu do czynienia z klasycznym utworem Roxette. Per śpiewa całą zwrotkę, a Marie pojawia się podczas refrenu. Historia pokazała niejednokrotnie, że taki właśnie wariant w wykonaniu szwedzkiego duetu jest uwielbiany przez fanów na całym świecie. Czy Touched By the Hand of God ma szansę zagościć w sercach miłośników Roxette na dłużej? Z pewnością tak, linia melodyczna natychmiast hipnotyzuje nasz mózg i każe mu ciągle powtarzać refren wraz z Marie:

How on earth could it be?
I’m touched by the hand of God
Really hard to believe 

Warto też zauważyć, jak wspaniale czuć tu chemię między całym zespołem. Zwłaszcza między Perem i Marie, oraz Marie i Heleną. Ich głosy wzajemnie się wymieniają i dopełniają, to wszystko brzmi wyjątkowo dobrze i naturalnie. Widać, że mamy tu do czynienia z doświadczonym i doskonale zgranym zespołem, przez co słucha się tego z przyjemnością. Jest tu też pewien akcent, o którym tylko wspomnę. Per bardzo lubi samochody, prześledźcie dokładnie tekst a zrozumiecie o czym mówię.


5. Easy Way Out 
Jedna z tych piosenek, za które uwielbiam Pera. Równie dobrze mogłaby znaleźć się na którymś z jego solowych dokonań, ale raz na jakiś czas kilka z nich Gessle przemyca na albumy Roxette. I bardzo dobrze! On sam zaś mówi o Easy Way Out tak: Decydująca piosenka dla tego albumu, gdyż w pewny sposób pokazuje klimat pokojowych hoteli, zespołu grającego na poduszkach, walizkach itd. Brzmi jakbysmy doskonale się bawili przy pracy nad tą płytą i tak w istocie jest


6. It's Possible (Version One)
Pierwszy singiel promujący Travelling. Pod wieloma względami podobny do pierwszego singla z Charm School – She's Got Nothing On (But The Radio). Po raz kolejny dostajemy dziwny, mało zrozumiały tekst, który jednak jest bardzo chwytliwy. Już po pierwszym przesłuchaniu, cały refren będzie tkwił w pamięci i nie będzie chciał za żadne skarby wyjść nam z głowy. Dobry wybór do promocji albumu, ale... ale żadna duża stacja tego nie gra. Jak już mówiłem wcześniej, EMI Polska nie widzi racjonalnego powodu by promować ten album. A ja nie widzę powodu dla którego tak bezsensowna wytwórnia miałaby istnieć. Promują tylko to, co w ich mniemaniu będzie się sprzedawać, a nie to, co jest godne uwagi. W każdym razie, powstały dwie zupełnie różne wersje. Zespół nie mógł się zdecydować, którą umieścić na płycie, więc pojawiły się obie. 



7. Perfect Excuse
To już gdzieś słyszałem... Ach, wiem! Każdy z was, kto miał w ręku album Party Crasher, Pera Gessle z 2009 miał okazję zapoznać się z tą piosenką w nieco innym wykonaniu. Wtedy z tekstem Perfect Excuse zmagał się Per Gessle wraz z Heleną Josefsson, której głos zrobił na mnie po raz pierwszy przeogromne wrażenie. Aż zajrzałem do bookletu by sprawdzić, kto jest jego właścicielką. Co się zmieniło? Gdy napisałem ten utwór i go zaśpiewałem, wiedziałem, że będzie idealny dla Marie. Oczywiście tak było. Więc postanowiliśmy to sprawdzić, podczas prac nad tym albumem. Marie zaśpiewała Perfect Excuse stało się w końcu tak piękne jak powinno być – tłumaczy Per. Pytanie tylko, czy Gessle ma rację? Opinie na pewno będą podzielone. Jedni powiedzą, że to nowe wykonanie jest koszmarne, inni będą przekonani, że jest wybitne. Ja stanę pośrodku. Osobiście uważam, iż współpraca Marie z Heleną przyniosła wspaniałe efekty. Perfect Excuse stało się bardziej dojrzałe, bardziej osobiste. Ma się wrażenie, że wersja z 2009 mogłaby dotyczyć nastoletniej miłości, a ta z 2012 to już strasznie poważna sprawa. Na pewno duży wpływ ma na to wokal Marie i zdecydowanie inaczej skomponowana muzyka. W moim odczuciu warto sto razy przesłuchać ten utwór, zanim powie się o nim złe słowo. 


8. Excuse Me, Sir, do You Want Me to Check on Your Wife?
Gdy mamy do czynienia z Perem Gessle trzeba wiedzieć jedno: im dziwniejszy tytuł, tym większe szanse, że utwór kryjący się pod nim będzie dobry. Ten przypadek to potwierdza. Ale... skąd wziął się ten tytuł? Przyszedł mi do głowy przez pewną dziewczynę pracującą w restauracji. Szukałem mojej żony i ona ją znalazła – wyjaśnia. Przyglądając się uważnie tekstowi można pospekulować, czy znajdują się tam inne wątki biograficzne. To pozostawiam jednak dla chętnych.


9. Angel Passing
Piekna ballada i mój osobisty faworyt. Per Gessle wraz z Heleną Josefsson po raz kolejny tworzą niezapomniany klimat. Kolejny „przemycony” utwór. Kompletnie nowa piosenka, która została napisana i nagrana specjalnie na ten album (…) coś w stylu Fleetwood Mac – wspomina Gessle. 



10. Stars
Singiel z albumu Have a Nice Day. Jedna z moich ulubionych piosenek Roxette, przez co poprzeczka była bardzo wysoko. Co więcej, utwór ten stanowi pierwszą pozycję z kategorii „na żywo” pojawiających się na Travelling. Pochodzi z soundchecku w Dubaju. A co to, ten cały soundcheck? Dla osób nie będących w koncertowym temacie wyjaśniam: Soundcheck to (jak sama nazwa wskazuje) próba dźwięku bezpośrednio przed koncertem. Dokonuje się jej przed każdym występem na żywo, żeby sprawdzić, czy wszystkie instrumenty działają jak należy, czy dźwiękowiec nie dał ciała itp. W tym czasie dokonuje się też prób. Wracając do Stars. Jak brzmi to koncertowe wydanie? Niesamowicie! Ta wersja na żywo robi piorunujące wrażenie, jak ją usłyszałem po raz pierwszy to mnie zatkało. Jedyne co byłem w stanie zrobić to puścić ją jeszcze raz. I jeszcze kolejny i tak kilkadziesiąt razy... Wokal Marie prezentuje się tu olśniewająco, jest niewiarygodnie mocny i czysty. Per określił ją jako: the ultimate version of this song (nie jestem w stanie sensownie tego przetłumaczyć na polski, by oddawało dobrze znaczenie tego słowa). Ciekawe, czy będzie to mocny punkt w setliście zespołu podczas trasy koncertowej w 2012...


11. The Weight of the World
B-Side albumu Room Service z 2001. Jest to niby nowa wersja, ale... według mnie brzmi dokładnie tak samo jak stara. Może są jakieś różnice, ale naprawdę niewielkie. Jedyny sens pojawienia się tej piosenki na tym albumie to próba zwrócenia na nią uwagi. Choć dla bardziej ogarniętych fanów Roxette jest to totalna strata miejsca na płycie, wszak mógł tu pojawić się kolejny nowy utwór.


12. She's Got Nothing (On But The Radio)
Drugi utwór „na żywo” nagrany podczas koncertu w Rio de Janeiro w Brazylii. Nie ma co się zbytnio przy nim zatrzymywać. Singiel promujący poprzedni album Roxette jest doskonale znany wszystkim fanom zespołu, a wersja koncertowa nie wnosi niczego nowego. Można to traktować w kategoriach zachęty do przesłuchania Charm School, jeśli ktoś nie zna tej płyty. W ostateczność można to potraktować jako hołd lub pamiątkę dla fanów, którzy byli na koncercie w zeszłym roku. 


13. See Me
W oczach Pera jest to najlepsza piosenka napisana przez Marie. Powstała podczas sesji nagraniowej do albumu Crash! Boom! Bang! z 1994 roku. Muzyka została ponownie zmiksowana, zaś wokal został taki sam, jak był na starym nagraniu. Efekt? See Me zostało odmłodzone, choć nadal nie wszystkim może się podobać. Pani Fredriksson tworzy bardzo specyficzną muzykę i nie każdemu może przypaść do gustu. Nie trudno zauważyć, że jedyny utwór jej autorstwa znacząco różni się na tle pozostałych nagrań.


14. It's Possible (Version Two)
Lżejsza wersja It's Possible. Klimatem bardziej pasująca do całego albumu. Bardziej przypomina nagranie wykonanie na żywo prosto ze studia. Aksutyczne gitary, bardzo klasyczne brzmienie – uważa Per Gessle. 


15. It Must Have Been Love
Ostatni utwór na płycie. Pierwotnie pochodzi z pierwszej „turystycznej płyty” – Tourism z 1992. Do 2005 roku tylko w USA został odtworzony we wszystkich rozgłośniach radiowych łącznie 4 miliony razy. To tak, jak byście teraz włączyli tę piosenkę i męczyli ją przez najbliższe 36 lat bez przerwy. Jest to bez wątpienia jeden z najbardziej rozpoznawalnych kawałków szwedzkiego duetu. Czym różni się to nagranie od pozostałych, zawartych na innych albumach? Pochodzi z wspominanego wcześniej The Night of The Proms z 2009. Wtedy właśnie Roxette zagrało kilka koncertów wraz z orkiestrą symfoniczną prezentując swoje największe hity w niecodziennej wersji. Jeden z nich możemy podziwiać właśnie na Travelling w ramach obchodów 25. urodzin tego muzycznego kamienia milowego. 



Podsumowując, Travelling zawiera wszystko to, z czego znane jest zarówno Roxette, jak i Per Gessle czy Marie Fredriksson. Według mnie jest to The Best Of ich twórczości, z tym, że zamiast starych, znanych wszystkim kawałków pojawiają się głównie nowe, napisane i nagrane w oparciu o całe zebrane przez artystów doświadczenie. Do tego dołożone wcześniej niepublikowane nagrania na żywo oraz parę na nowo wykonanych piosenek, które do tej pory były znane tylko fanatykom szwedzkiego duetu. Na pewno trzeba się z tym albumem na spokojnie zapoznać i przesłuchać kilka razy. Trudno jest od razu stwierdzić, że jest to wybitna płyta. Do tego potrzeba czasu. Inni potrzebują go więcej, inni mniej. Nie mniej jednak jest to pozycja godna polecenia dla miłośników gatunku, bo fanom Roxette tej pozycji polecać nie trzeba.

czwartek, 16 lutego 2012

Taking Time

Pamiętam doskonale ten moment, jak mój aparat postanowił odmówić współpracy. Jest piękna, letnia noc, wieje stosunkowo mocny wiatr, a nade mną rozciąga się wspaniały widok na panoramę Aten. Ja oczywiście przygotowany, komplet obiektywów i statyw. Zadowolony, widząc już w głowie, jakie genialne zdjęcia zaraz zrobię, włączam aparat i... przykro nam! Nici ze zdjęć! Stwierdziłem, że nie dam się i będę walczył. Po 20 minutach udało mi się zrobić kilka zdjęć. Schodząc ze wzgórza nieco zmieszany stwierdziłem, że w sumie to dobrze, nie będę już latał z aparatem po całej Grecji jak jakiś idiota. W końcu trochę wypocznę. Rzeczywistość okazała się, rzecz jasna inna (część 1). Wziąłem drugiego Nikona w rodzinie i robiłem zdjęcia dalej (część 2). Jednak prawdziwy ból pojawił się, gdy wróciłem do domu. Bynajmniej nie od razu, ale z czasem zacząłem odczuwać dość silny brak aparatu pod ręką. Tak kontemplując z pół roku, zdecydowałem się go w końcu odesłać do sanatorium - Serwisu Nikona w Warszawie. Oczywiście nie obyło się bez problemów. Gdy przyszedł kurier, pudełko z aparatem bardzo zręcznie wypadło mu z rąk. O mały włos nie zleciałoby z 3. piętra na parter. Zbytnio się tym nie przejąłem, bo paczka była ubezpieczona na ponad tysiąc złotych, więc tak na dobrą sprawę miałbym nowy aparat. Ale to nie koniec atrakcji.Tego samego dnia, którego wysłałem aparat, Nikon postanowił zmienić siedzibę serwisu, tak w ramach zmian na nowy rok. Pomyślałem sobie: "zajebiście, ciekawe co teraz...". Okazało się, że nie ma problemu, kurier przekierował paczkę tam, gdzie trzeba i trafiła w odpowiednie miejsce. Teraz zostało pytanie: co się popsuło i dlaczego musi to być tak cholernie drogie? Dość mocno zdenerwowany czekałem na załamujący kosztorys, a gdy w końcu go dostałem, mało nie umarłem ze śmiechu. Według speców z Nikona posypał się mechanizm wyboru przysłony, czyli nic poważnego, choć jak na około 40,000 zdjęć to jest to co najmniej dziwne. Przecież nie tylko ja (chyba) korzystam z ręcznego wyboru czasu naświetlania i przysłony... Nie ważne. Grunt, że nie zabolało to mojego portfela. Co więcej, aparat został naprawiony dość szybko i nie zgubił się po drodze, nie przejechał go czołg i nie musiałem go sobie składać sam wraz z dołączoną instrukcją "Nikon D80 - Sam naprawiam swój aparat".

Skoro już miałem aparat, to mogłem w końcu pomyśleć o jakichś zdjęciach. 90% starych zniknęło razem z dyskiem twardym, który udało mi się spalić. To już drugi wykończony przeze mnie. Powinni mi dać pracę testera wytrzymałości wszelkiego rodzaju rzeczy. Nadaję się do tego jak nikt inny... Wszystko fajnie, tylko zimą nikomu nic się nie chce, więc chociażbym był napalony na zdjęcia jak szczerbaty na suchary, to raczej nic z tego. Rzecz jasna kilka osób się do mnie zgłosiło, w większości z adnotacją "jak samochód będzie gotowy" - czyli tak na dobrą sprawę nie wiadomo kiedy. Jutro, pojutrze, a może za tydzień? Może za miesiąc, wiosną albo jak wygram 6 w totka, czyli na pewno nie teraz. Na szczęście niedawno zgłosił się do mnie Mariusz, który stwierdził, że jemu to bez różnicy, czy zrobimy sesję "jutro, czy za kilka miesięcy". Dość szybko umówiliśmy się na zdjęcia. W sumie bałem się, że przez to, że nie miałem aparatu od dłuższego czasu w rękach może wyjść kiepsko. Ale chyba nie wyszło tak źle. Zaczęliśmy od kilku zdjęć na parkingu podziemnym, gdzie przygotowaliśmy samochód do zdjęć:






Statywu ze sobą nie miałem bo... jest 500 km stąd. Przecież nie będę po niego specjalnie jechać. W sumie bardziej eksperymentowałem niż przykładałem szczególną wagę do detali, bo wiedziałem, że ta główna sesja zacznie się później. Taka ciekawostka: zdjęcie środka jest doświetlane... telefonem komórkowym. Z początku myślałem, że to niemożliwe ale... jak widać, da się :D

Koniec zabawy, jedziemy w kierunku docelowego miejsca sesji. Miało być zimowo, więc bez szaleństwa. Wsiadam do środka i pierwsze zaskoczenie. Jest bardzo wygodnie i przyjemnie. O ile Brera sprawiała wrażenie słabo wykończonej i niewygodnej to tutaj jest odwrotnie. A de facto to te same elementy wykończenia. Być może zestawienie tak pozytywnie na mnie zadziałało. Nie mniej jednak wnętrze prezentowało się super. Dużo gorzej z praktycznymi aspektami. Miejsca na tylnej kanapie jest bardzo mało, jeśli w ogóle można powiedzieć, że ktoś dorosły się tam zmieści. 


 




Żeby było śmieszniej, w tym samym miejscu, gdzie robiłem zdjęcia stał autokar z piłkarzami Widzewa. Podobno gdzieś w okolicy odbywają się ich treningi. Wracając do samochodu. Lakier w słońcu nabiera fajniejszego koloru, co z resztą widać porównując niektóre zdjęcia. Dzieła dopełnia wysokoprężny silnik 2.4, który dobrze tutaj pasuje. Jest to jedna z najładniejszych 159 jakie miałem okazję widzieć, choć nie zmieniłem zdania na temat Sportwagonów. Nadal uważam, że sedany są ładniejsze. 



Na koniec chciałem podziękować Mariuszowi za poświęcony czas i za super towarzystwo!
PS. Postaram się trochę częściej pisać na blogu, tak w miarę możliwości. Nie chce pisać jakiś durnych i bezsensownych postów. Wolę, żeby było ich mniej i były ciekawe :P

czwartek, 20 października 2011

More than just a memory

Od dawna powtarzałem sobie, że jeśli Ray Wilson zawita do Warszawy w ramach trasy koncertowej promującej jego najnowszy album wraz z zespołem, Unfulfillment (więcej o płycie tutaj), to pojadę tam choćby mieli mnie wywalić z uczelni lub Chrystus miałby przyjść ponownie na świat. Wiele mówiono o miastach, gdzie miałyby się odbyć te koncerty, ale długo poza Wrocławiem nie było nic. Lecz wszystko się zmieniło po moim powrocie z Grecji. Siadam sobie wygodnie przy laptopie, włączam lastfm i widzę, jakieś nowe wiadomości. Sprawdzam, a tu zaproszenie na koncert Raya Wilsona & Stiltskin w warszawskim Hard Rock Cafe, data 18. października 2011 od 20:30. Szybko sprawdzam, wtorek. Myślę sobie, trudno, na pewno uda mi się jakoś tam dotrzeć. Sprawę ułatwił fakt, że niedługo później dowiedziałem się, że Hikari również ma w planach ten koncert. A gdy kupił bilet i powiedział mi, że jedzie samochodem razem z rodzicami, byłem spokojny o wszystko. Mogłem z czystym sumieniem kupić sobie bilet i odliczać tygodnie, dni, godziny... Na tę chwilę nie miałem rzecz jasna planu zajęć na uczelni i trochę beztrosko podszedłem do sprawy. Z czasem okazało się, że gdybym był w innej podgrupie to mógłbym się pożegnać z występem Raya na żywo. Później wyszła sprawa aparatu. Mój przecież nie działa. Ale i to dało się załatwić i na koncert zabrałem ze sobą Canona 5D mk. II 24-105 f/4 (mój mini test tutaj). Na koniec okazało się, że jest problem z samochodem. W ten oto sposób na dzień przed koncertem nie wiedziałem, czy potrzebnie dzwoniłem do managera Raya dopytywać się o akredytacje foto oraz czy w ogóle gdziekolwiek pojedziemy. Miałem już nawet plan awaryjny, ale koniec końców wszystko udało się ogarnąć i chwilę po 16 wyruszyliśmy w kierunku stolicy. Kłamałbym, gdybym powiedział, że nie byłem wtedy szczęśliwy.

Byłem też bardzo ciekawy, jak wypadnie support w postaci Aliego Fergusona, gitarzysty Raya i mojego ulubieńca, który miał zagrać kilka utworów wraz z braćmi Macmillan. Bardzo interesowało mnie również jak piosenki z Unfulfillment brzmią na żywo, czy koncertowe warunki im sprzyjają. Wkrótce było mi dane się przekonać...


Gdy pośród rozmów i wszelkich szumów usłyszeliśmy śpiew ptaków i narrację poprowadzoną łagodnym głosem, rozległy się gromkie brawa dla Aliego, który wszedł na scenę i zaczął robić to, co najlepiej mu wychodzi - grać na gitarze. Wraz z nim pojawili się rzecz jasna Ashley i Lawrie. Panowie zaprezentowali nam pięć utworów:

1. Hidden Instruments
2. Coincidence Is No Accident
3. Flickering Golden
4. In Morning Sky
5. Bending Bullets, Breaking Falls

Publiczność reagowała bardzo pozytywnie, nagradzając 'skradziony' zespół brawami po każdym z wymienionych utworów. Muszę też przyznać, że ta setlista zawierała moim zdaniem najciekawsze utwory z albumu 'The Windmills and the Stars', w tym moje ulubione Coincidence Is No Accident. Ogólnie rzecz ujmując, bardzo fajny i udany (jeden z lepszych wydanych w 2011) album został zareklamowany tak, jak reklamować powinien się każdy, prawdziwy muzyk - dobrym koncertowym mini setem. 




Można by narzekać, że 30 minut to mało. Lecz trzeba pamiętać, że wszyscy trzej muzycy mieli jeszcze przed sobą co najmniej 2 godziny gry podczas głównego występu, który miał niebawem nastąpić. 


Około 15-20 minut później, na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru - Ray Wilson & Stiltskin. Muzycy od razu zaczęli z grubej rury, serwując publiczności Bless Me, z ostatniej solowej płyty szkockiego muzyka, Propaganda Man. Odkąd usłyszałem tę piosenkę na żywo, wiedziałem, że jest to najprawdopodobniej najlepszy utwór, jakim można zacząć koncert. Dlatego też byłem bardzo zadowolony, że to on został zagrany jako pierwszy. Długo nie musiałem czekać na kolejny utwór z tej płyty, gdyż po Another Day, zagrano tytułowy utwór z tego albumu - Propaganda Man. Jego wersja koncertowa dość znacząco różni się od studyjnej. Długość zwiększa się dwukrotnie, pojawiają się solowe partie Filipa Wałcerza na klawiszach oraz fenomenalne solo Aliego Fergusona na gitarze, którego mogę słuchać w kółko. Za każdym razem, gdy słyszę to na żywo muszę mocno trzymać szczękę rękami, żeby nie spadła do samej podłogi. 




Po mocnych, trzech pierwszych kawałkach przyszedł czas na nieco lżejsze, akustyczne piosenki. Na początek Goodbye Baby Blue, z 'Change', a następnie pierwszy utwór z nowej płyty - First Day of Change i koncertowy klasyk i mój faworyt z 'She' - Lemon Yellow Sun. Kolejne trzy świetne piosenki, a koncert dopiero, co się zaczął. Byłem pod wrażeniem repertuaru, jaki prezentował nam zespół, ale najlepsze dopiero było przed nami. 




Mija chwila i na scenie pojawia się wielki bęben, do którego podchodzi Wilson. Dla bardziej wtajemniczonych było to jednoznaczne - czas na Congo z Calling All Stations, albumu, który Ray nagrał razem z Genesis. Bez wątpienia jest to jedna z tych piosenek, które robią absolutną furorę na koncertach. Trudno jest mi opisać to, jak dobrze prezentuje się ta piosenka na żywo. Trzeba przyznać, że projekt Genesis Klassik wpłynął bardzo dobrze na wiele utworów, również na następny, również z tego samego albumu, z tym, że teraz chodzi o piosenkę tytułową. Specjalnie do niej Ali używa innej gitary, pomarańczowego Fendera Stratocastera.  





Kolejna mocniejsza część zakończona, zatem pora na kolejną zamulająco-akustyczną. Swoją drogą, takie połączenie mocnych kawałków na przemian z spokojnymi bardzo dobrze się sprawdza. Muszę przyznać, że bardzo przyjemnie się tego słucha. Zawsze jest chwila na złapanie oddechu po mocniejszych utworach. W kolejnej akustycznej trójce znalazło się More than just a memory z nowego albumu, Shipwrecked z 'Calling All Stations' i kolejny utwór z Propaganda Man - Razorlite. Pierwszy z nich, zrobił na mnie bardzo pozytywne wrażenie, wersja studyjna była dla mnie średnia, na żywo pojawiło się nieco więcej intrygujących gitarowych dźwięków, głównie dzięki duetowi Uwe Metzler i Ali Ferguson, z czego ten pierwszy, ponownie trafił do koncertowego składu (wcześniej był w nim do końca 2006 roku). 


Ale nie oszukujmy się, ich środowiskiem naturalnym są mocniejsze piosenki, gdzie mogą pokazać, na co naprawdę ich stać. Przykładem mogły być kolejne trzy piosenki: Fly High z 'She', Accidents Will Happen czy Voice of Disbelief z 'Unfulfillment'. Wykonania dwóch ostatnich biją na głowę to, co można usłyszeć na albumie, nadają im trzeci wymiar, którego nie da się odtworzyć w warunkach studyjnych. W ramach równowagi Ray przypomniał nam Change, która pojawia się niezmiennie w setlistach od 2003 roku, czyli od momentu, w którym Szkot zadebiutował jako solowy wykonawca albumem o tym samym tytule. Nie jestem pewny na 100%, ale obstawiam, że na wszystkich dziewięciu koncertach Raya, na których byłem, na wszystkich pojawiła się ta piosenka. I wierzcie mi, nadal z przyjemnością jej słucham. Nie tylko na koncertach, ale i w domowym zaciszu. Pojawił się również akcent z jednej z najmniej docenionych płyt w dorobku Wilsona, albumu 'Millionairhead'. Niestety nie było to moje ulubione Hey, Hey, a Sarah. Nigdy za nią nie przepadałem i nic się w tym kierunku nie zmieniło. Jednak tego samego nie mogę już powiedzieć o kolejnej piosence, kolejnej z nowego albumu - Tale From A Small Town. Była to pierwsza piosenka z nowej płyty, którą fani mieli okazję usłyszeć. Jej wykonanie na żywo miało miejsce podczas jednego z koncertów akustycznych w marcu. Zamykając ostatnią sekcję piosenek akustycznych podczas koncertu, zespół zagrał czwartą piosenkę z 'Calling All Stations', Not About Us oraz jedyną piosenkę z albumu Swing Your Bag, której Ray najwidoczniej się nie wstydzi. Co więcej, uznaje ją za najlepszą piosenkę jaka kiedykolwiek powstała. Chodzi oczywiście o The Airport Song. Wystarczy spojrzeć na stosunek Aliego i Lawriego do tej piosenki, by przekonać się, ile jest prawdy w tym, co powiedział Ray. Jeśli ktokolwiek w ogóle wziął to na poważnie. Nawet Filip złapał się za głowę.



Rolę przejścia do kolejnych ostrzejszych kawałków spełniło Constantly Reminded. Później już bardzo ciężkie i mroczne Guns of God, z odpowiadającą ilością basu, którego moim zdaniem brakowało na wersji albumowej. Końcówkę stanowiły sztandarowe piosenki Stiltskin: She, Footsteps i najbardziej znane wszystkim fanom rocka Inside. 

W ramach wykrzyczanego i wyklaskanego przez cały koncert bisu usłyszałem dwa kolejne utwory z najnowszej płyty: pierwszy singiel - American Beauty i piosenka, która już od momentu usłyszenia jej zapowiedzi na jednym z wideo na youtube stała się moją ulubioną - The 7th Day. Pierwsza z nich opowiada o amerykańskim śnie, o żołnierzach walczących w Iraku itp. Osobiście nie za bardzo widzę to w tekście, ale skoro Ray tak mówi, to zapewne taki był jej zamysł. Natomiast druga oparta jest na bardzo ciekawej koncepcji, którą pokazywałem w recenzji tego albumu. Opowiada historię związku, który najpierw się kończy, a potem zaczyna. Ray przez to zadaje słuchaczom pytanie: jak zachowałbyś się, wiedząc jak skończy się dana relacja z drugą osobą. Bez wątpienia tekst daje do myślenia. Niektórzy twierdzą nawet, że to piosenka o mnie! :D



I nadszedł koniec. Mimo protestów Ray zaprezentował cały zespół, ładnie się pożegnał i podziękował. Zatem:
wokal: Ray Wilson
gitarzyści: Steve Wilson, Ali Ferguson, Uwe Metzler
gitara basowa: Lawrie Macmillan
perkusja: Ashley Macmillan
instrumenty klawiszowe: Filip Wałcerz
instrumenty smyczkowe: Alicja Chrząszcz oraz Barbara Szelągiewicz




Po koncercie jak to zwykle w przypadku Raya, gdzieś można spotkać zespół, porozmawiać, zrobić sobie zdjęcie, poprosić o autograf itd. Miałem okazję porozmawiać z Alim o kolejnej solowej płycie, sprawdzić swoje zdolności z języka niemieckiego z Uwe, dopytać Raya o kolejny koncert w Łodzi czy też poznać ciekawą historię związaną z tym fragmentem bookletu albumu 'Unfulfillment':


Jak widzicie, nie ma na zdjęciu ani Alicji, ani Basi. Dziewczyny śmieją się, że Alicja, to dziewczyna, której obrazek znajduje się przy tekście She Flies, zaś Basia stoi samotnie na moście na grafice koło tekstu do More than just a memory. Grunt to dystans do siebie i poczucie humoru. 

Jak zwykle w przypadku koncertu pod szyldem Stiltskin, nie zawiodłem się ani trochę. Jestem szczęśliwy, że miałem okazję po raz kolejny być na ich koncercie, których z roku na rok w Polsce jest co raz mniej. Mam nadzieję, że to się zmieni, gdyż w przeciwnym razie trzeba będzie jeździć na koncerty do Berlina albo Drezna. O ile będą w weekend, nic nie stoi na przeszkodzie bym i tam się pojawił!

środa, 21 września 2011

The 7th Day

Mój aparat odmówił współpracy, ale to nie oznacza, że nie zrobiłem już więcej zdjęć. Jest ich trochę mniej. Jednak tym razem chciałbym napisać o kilku ciekawych czy też śmiesznych historiach, które miałem okazję zobaczyć na własne oczy. Trochę więcej przemyśleń, anegdot, nieco mniej zdjęć.

Czwartego dnia (jak pisałem post wcześniej) zwiedzaliśmy przez cały dzień Ateny. Nie latałem wtedy jak szalony z aparatem, a skupiłem się na oglądaniu starożytnej architektury, kontemplacji i podglądaniu innych ludzi. Na przykład dojrzałem kłócącą się parę przy Partenonie. Bardzo romantyczne. Poszło im chyba o to, w którą stronę powinni teraz iść. Rzeczywiście, bardzo duży problem.

Natomiast będąc w ateńskim centrum zostaliśmy zgarnięci przez pracownika z jednej z tamtejszych tawern. I tak zamierzaliśmy gdzieś się zatrzymać, więc było nam to nawet na rękę. Zajmujemy odpowiadające nam miejsce i czekamy. Okazuje się, że zamówienia składa inna osoba. Czekamy dalej, jak to w Grecji. W końcu ktoś się zjawia. Składamy zamówienie, idzie gładko. Zadaje mu proste pytanie po angielsku, gość się wije, tłumaczy i pierdoli bez sensu. Wniosek prosty, nie zrozumiał tego, co do niego powiedziałem. A zapytałem tylko jak długo będziemy czekać na zamówienie. No tak, przecież w Grecji nie istnieje pojęcie czasu. Zupełnie zapomniałem... Na szczęście (jak na greckie warunki) sprawnie się uwinęli i spróbowaliśmy greckiego gyrosa. Świetny!

Ostatnia rzecz z Aten. Równo o 16:00 na placu Sindagma rozpoczęła się zmiana warty. Przewodniczka nas uprzedzała, żeby przypadkiem nikt się nie śmiał, bo to przecież ich tradycja i tak dalej... Z początku myślałem, że nie ma szansy, żeby to było śmieszne. Przecież to jest zmiana warty... Coś bardzo poważnego, na pewno Grecy nie zrobiliby z tego jakiegoś cyrku. Ale... musiałem powstrzymywać się od śmiechu i to dość często... Bez wątpienia warto to zobaczyć. Jak będziecie w Atenach, koniecznie zajrzyjcie na plac Sindagma i zobaczcie zmianę warty. Albo obejrzyjcie ją na youtube. Na pewno coś tam będzie. Zrozumiecie wtedy o czym mówię.


Piątego dnia zwiedzaliśmy przylądek Sunion położony u południowo-wschodnich wybrzeży Attyki. Dzięki wikipedii dowiedziałem się, że znajdujące się tu ruiny świątyni Posejdona są drugim najchętniej fotografowanym miejscem w Grecji zaraz po ateńskim Partenonie. Szczerze powiedziawszy jest do dla mnie kolejna sterta kolumienek i kamieni położona w genialnym miejscu, podobnie z resztą jak Partenon. To, co moim zdaniem jest ciekawe w tym miejscu to możliwości robienia zdjęć wybrzeża Morza Egejskiego. Tam z pewnością muszą genialnie wychodzić zachody słońca (do tego momentu czynny jest ten obiekt). Ale co z tego, skoro byliśmy tam od samego rana?




Następny przystanek - Kanał Koryncki. Kanał łączący Morze Egejskie z Morzem Jońskim. Dzięki niemu, statki mogą skrócić sobie drogę o ok. 400 km. Na pewno jest to bardzo ciekawe miejsce pod względem logistycznym, ale jeśli chodzi o aspekt turystyczny to trochę słabo. Nie robi on za dużego wrażenia.


 


Szósty dzień rozpoczął się obiecująco. Od Epidauros, o którym wspominałem w poprzednim poście. Później było już tylko gorzej. Między innymi zostaliśmy zabrani w miejsce, gdzie wyrabia się ręcznie różnego rodzaju naczynia. 



 

Jeśli przed tym dniem nie miałem jeszcze dość starożytnych kamieni i kilku kolumienek, które miałem w swojej wyobraźni przetworzyć sobie w wspaniałe świątynie, to po tym dniu zdecydowanie miałem już tego po dziurki w nosie. Kamienie, kolumny, kamienie. A tu był taki święty i ble ble ble. O ile w Mykenach jeszcze było na co popatrzeć, to Korynt to jedno wielkie pole wypełnione kamieniami. Fajny był Grobowiec Agamemnona, który znajduje się niedaleko Myken. Starożytni to mieli łeb. Bez żadnej zaprawy składając kamień po kamieniu tak je ułożyli, że na samej górze widać sklepienie. A z zewnątrz nic na to nie wskazuje.


Siódmy, ostatni dzień zwiedzania Grecji. Pojechaliśmy do Termopil, by zobaczyć pomnik Leonidasa i repliką tablicy upamiętniającej słynną bitwę pod Termopilami z wyrytym epigramem Symonidesa: "Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym, jej syny. Prawom jej do ostatniej posłuszni godziny". Wielce podekscytowany ruszyłem w kierunku tej tablicy. I co? Wielkie rozczarowanie. Spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego, a nie kawałka blachy, który wystaje z ziemi...



W ten oto sposób zakończyłem planowe zwiedzanie Grecji i mam dość mocno mieszane uczucia. Z jednej strony miejsca, które robią ogromne wrażenie, a z drugiej takie, które najzwyczajniej w świecie rozczarowują.

Pamiętam, że bardzo brakowało mi w programie zwiedzania Olimpu, miejsca niemalże kultowego. Nic straconego, patrzę na listę wycieczek fakultatywnych podczas drugiego tygodnia i co widzę? Tak jest, wycieczka na Olimp! Nie wiedziałem tylko jak wielkie rozczarowanie czeka mnie tym razem...


Taki widok czekał na mnie na wysokości ponad 900 m.n.p.m. Trochę słabo... Z drugiej strony panorama na całe wybrzeże, ale ze względu na poranne godziny warunki do robienia zdjęć zbytnio nie sprzyjały. Poza tym przejrzystość powietrza była stosunkowo słaba, zatem darowałem sobie robienie zdjęć. Z resztą nie było tam niczego takiego, czego bym już wcześniej nie widział.



Zamiast skupić się na widokach z góry, skoncentrowałem się na zwierzętach. Nieopodal dojrzałem muły, a naszej grupie w wycieczce po okolicy towarzyszyła bardzo sympatyczna suczka. Pod względem psów, Grecy są bardzo w porządku. Nie łapią bezpańskich psów, nie biją ich i nie usypiają. Jak już takiego znajdą, to szczepią go, zakładają obrożę i sterylizują. W każdym większym mieście można spotkać jakieś psy i są one bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Pewnie dlatego, że są przez nich dokarmiane. W wielu miejscach stoją też miski z wodą, żeby taki pies nie padł z wycieńczenia.


Następnym punktem wycieczki było miasteczko Litochoro. Według przewodniczki jest to miejsce, którego nie odwiedzają turyści. Ciekawe zatem co robił tam ten Mercedes-Benz ML63 AMG z księstwa Monaco...


 

Nie oszukujmy się. Tu przyjeżdża dużo turystów i to, co usłyszałem to była niezła ściema. Po co tu przyjeżdżają autokary pełne turystów? Wszyscy zjawiają się tu w jednym celu - kierują się w stronę wąwozu rzeki Enipeas. Podobno na samym jej końcu znajduje się wodospad. Ja nazwałbym to ściekiem, albo ścieżką moczu jednego z greckich bogów wypływającą przez skałę i gromadzącego się w zbiorniku poniżej. Tak to mniej więcej wygląda. Nie mniej jednak idąc akweduktem w tamtym kierunku, zobaczymy fenomenalne widoki i... dowód, że Grecy nie znają angielskiego... 


Wracając dojrzałem kolejną ciekawą rzecz:

I na pożegnanie z Litochoro jeszcze jedno zdjęcie:

Przedostatni punkt programu, zamek w Platamonas. Znajdował się on ok. 5 km od hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, ale samodzielna wycieczka od samego początku była odradzana wszystkim na spotkaniu organizacyjnym. Jedyna rzecz, jaką rzekomo zachwalali ludzie, którzy tam byli to "fajne żółwie".


Z zewnątrz nie wygląda za ciekawie, to prawda. Ale skoro już tu przyjechaliśmy a bilet wstępu miałem za darmo to stwierdziłem, że co mi szkodzi wejść na górę. Przekonam się na własne oczy, czy rzeczywiście warto. A w środku niespodzianka, widok z murów zamku jest po prostu zaaajebisty! Z ogromną przyjemnością kręciłem się po okolicy. Niestety dużo czasu nie było, więc szybki rekonesans i było tego na tyle.

 

Ostatnim etapem tamtejszej podróży był lunch oraz zwiedzanie górskiej wioski Paleos Panteleimonas. Przy tej okazji mogę wspomnieć nieco o greckiej kuchni. Po pierwsze, Grecy używają chleba do wszystkiego. Jesz kurczaka z frytkami, ale taki Grek zagryzłby to jeszcze chlebem. Po drugie, jeśli Grek chce zjeść kanapkę, to idzie do knajpy. Sam jej sobie nie zrobi. Po trzecie, może ze mną jest coś nie tak, ale Grecy nie potrafią dobrze przyprawić mięsa. Jest jakieś takie mało wyraziste. Mają za to fenomenalne Tzatziki. A jeśli widzicie Greka, który tłucze talerze z bananem na twarzy to nie martwcie się, to podobno przynosi szczęście.

Ach, czas na kilka zdjęć z tej wioski...


Tym razem to już naprawdę koniec. Więcej o Grecji nie będzie, nie planuje też powtórki z rozrywki w przyszłym roku. Co najwyżej dokładniej przyjrzę się greckiej części Cypru, a tak to kto wie, co będzie za rok. Na pożegnanie dołączam dwa ostatnie zdjęcia, które zrobiłem podczas swojego pobytu w Helladzie.


3,000 wyświetleń przekroczone! Dziękuję wszystkim odwiedzającym :)