niedziela, 7 kwietnia 2013

Wait For Better Days

Święta wielkanocne postanowiłem spędzić na zachód od mojego ukochanego miasta. Dlaczego? Już wszystko wyjaśniam. Niestety, nie była to sesja Carrery GT Zagato gdzieś w okolicy Berlina, nie był to też żaden z koncertów gdzieś w Niemczech. W zasadzie nie był to żaden wielki wypad do naszych zachodnich sąsiadów. Ulokowałem się około 350 km od Łodzi, w Zielonej Górze, żeby odpocząć i mieć nieco spokoju. Będzie to post, jakiego na blogu jeszcze nie było. Czy to dobrze, czy źle, ocenicie już sami.

Jak wszyscy dobrze wiemy, pogoda nie rozpieszcza, przez co mam uwiązane ręce, jeśli chodzi o organizowanie jakichkolwiek sesji zdjęciowych. Długo liczyłem na to, że w kwietniu będzie lepiej, ale rzecz jasna się przeliczyłem. Zima chyba na dobre się u nas zadomowiła, a ja szukałem skutecznego sposobu na jej przetrwanie. I wiecie co? Chyba znalazłem ten sposób. Trudno mi to jednoznacznie stwierdzić, bo zdaje się, że zima zaczęła odpuszczać, ale śnieg na zewnątrz nie wkurza mnie tak jak było to jeszcze 1,5 tygodnia temu i jakimś magicznym sposobem codzienne bóle głowy ustąpiły. Wszystko przez cierpliwość i spokój wewnętrzny jaki dało mi... polowanie na koty.

Rzecz jasna nie chodzi tu o takie klasyczne polowanie. Zamiast broni palnej, w ręce trzymałem aparat i starałem się zrobić jak najciekawsze zdjęcia dwóm kotom domowym, z którymi wiąże się dość ciekawa historia. Dawno temu, Kocica była kotem sąsiadów. Była, bo wraz z pojawieniem się małych kociaków jakimś dziwnym trafem przywędrowała do nas. No i co zrobić z tak radosnym prezentem w postaci jednej dorosłej kotki i trzech maluchów? Po długich dyskusjach koty w końcu zostały z nami jako koty podwórkowe. W zasadzie były to koty, które żyły sobie same, a od nas dostawały kawałek wolnej przestrzeni, gdzie mogły czuć się bezpiecznie oraz jedzenie i picie. Rzecz jasna nie dawały się brać na ręce, głaskać i nic z tych rzeczy. Czasem jak miały ochotę to same przychodziły. Najbardziej przyjazny człowiekowi był Filemon, jak się później okazało, jedyny kocur z całej radosnej gromadki. Każdy z kotów dostał swoje imię. Na koci gang składali się: Kocica (mama), Maślanka, Czesiek i wspomniany wyżej Filemon. Mimo, że Czesiek był dziewczynką, to imię zostało, jednak nie na długo, bo sąsiedzi najprawdopodobniej tego kota komuś oddali. Tak zostały już tylko trzy sztuki. Filemon z czasem pojawiał się coraz rzadziej, często wracając poturbowany i głodny (co z resztą było słychać), aż w końcu ślad po nim zaginął. W taki oto sposób z nami zostały dwie dziewczyny, Kocica i Maślana.

Problem pojawił się, gdy trzeba było sprzedać tamten dom. Co zrobić z kotami? W zasadzie nikt nie myślał o tym, żeby je zostawiać, więc zostały przewiezione te 60 km, podobnie jak inne rzeczy w ramach przeprowadzki. Z początku obie nie były z tego powodu zadowolone, ale po tygodniu okazało się, że to urodzone koty domowe. Oczywiście nie mieszkam na stałe w Zielonej, stąd część historii jest napisana na podstawie tego, co usłyszałem od mojej radosnej rodzinki. Właśnie na święta przyjechałem zobaczyć, jak wygląda nowy dom i jak się żyje jego domownikom.  Przy okazji wziąłem aparat, bo od patrzenia na te zdjęcia kotów w internecie, wzięła mnie ochota na jakieś swoje. Jak pokazały początki mojej przygody z kocią fotografią... nie jest to wcale takie proste!

Wstaję rano, idę w kierunku kuchni, a tu Kocica siedzi na blacie i spogląda sobie przez okno, jakby miała już serdecznie dość tego, co dzieje się na zewnątrz. A tam śnieg po kostki. Pomyśleć, że jeszcze rok temu, obie z Maślanką mogły liczyć zimą co najwyżej na schronienie się w naszym garażu. A teraz ciepły domek i szafa gra. Bez wątpienia dla nich nastały lepsze dni, a my przejmujemy się jakąś przedłużającą się zimą. Ona przecież kiedyś się skończy.

Wracając do Kocicy na blacie. Szybka myśl, wracam się do pokoju po aparat. Kot nadal jest na blacie, dobrze. Podchodzę bliżej, bliżej i jeszcze tr.. kurwa. Chyba podszedłem za blisko. Kot jest już na podłodze. Wniosek numer 1: Tamron 17-50 jest za krótki. Idę po 70-210. Miałem szczęście, bo jak wróciłem z powrotem to kot znowu był na blacie. No to ognia. Z czasem zauważyłem inny problem: 70-210 jest strasznie ciemne do zdjęć w pomieszczeniach zamkniętych, a D80 na wysokim ISO jest beznadziejne. Ach, chwila. Przecież to nic nowego, ot od dawna nie dotykałem aparatu...




Wkrótce poznałem ulubione miejsce Maślanki. Jak nie było wiadomo, gdzie jest kot, to najprawdopodobniej spała ukryta na którymś z krzeseł. Jeśli któreś z nich było zajęte, to nic nie szkodzi, kładła się na innym. I tak codziennie.





Koty też nie lubią zimowej wiosny. Kocica praktycznie codziennie meldowała się przy oknie w kuchni, lub przy drzwiach prowadzących na taras. Potrafiła się gapić na ten śnieg godzinami, jakby to patrzenie miało sprawić, że stopnieje. Niestety, nic z tego. Gdy już się zmęczyła, meldowała się na kanapie.






Z czasem starałem się znaleźć jakieś ciekawsze kadry kota śpiącego na krześle. Dobre ćwiczenie wyobraźni. PS. Maślanka też lubi spać na kanapie.




Wydawało by się, że matka z córką będą żyły ze sobą w zgodzie. Nic bardziej mylnego. Nie raz zdarzało mi się być świadkiem kłótni pomiędzy nimi. Jak to wygląda? Słychać syki i widać dwa nastroszone koty, które próbują się trafić łapą z ostrymi pazurami. Takie trafienie boli. Wiem coś o tym... Ale życie to nie ciągła wojna. Zdarzały się chwile, gdzie obie leżały obok siebie w zupełnej zgodzie. Czas zatem na kocie 'combo':




Któregoś poranka siedzę sobie, popijam kawę i słucham Trójki. Nagle słyszę jakiś podejrzany hałas, ale nie do końca wiem skąd. Kręcę się po domu i próbuję zlokalizować źródło tego dźwięku. W końcu mam. Intensywnie słyszę dźwięk czegoś obijanego o ścianę. Zaglądam do środka i widzę Kocicę, która 'spuszcza wodę' w swojej toalecie, a ten podejrzany hałas to dźwięk rozrzucanego żwirku po całej pralni... No cóż. Jednak największe zaskoczenie spotkało mnie podczas powrotu do Łodzi. Byłem świadomy tego, że tydzień wolnego minie bardzo szybko, ale wraz ze zbliżaniem się do centrum naszego wspaniałego kraju pogoda była coraz gorsza. Wysiadam z samochodu, a tu śniegu dwa razy tyle, co w Zielonej. I ty miałeś czelność narzekać, że dużo śniegu...? zapytałem sam siebie z wyrzutem... Mam nadzieję, że tej wiosny zima skończy się jak najszybciej i będę miał nieco większe pole do popisu w prezentacji nowego materiału na blogu. Jeszcze jedno krótkie ogłoszenie parafialne i kończę: Właśnie przeczytałeś/przeczytałaś post numer 50 na moim blogu, liczba wyświetleń na dzień dzisiejszy to 15386, a fanpage bloga na facebooku ma 197 fanów. Jedno jest pewne, liczba postów i wyświetleń na pewno się nie zmniejszy. A z fanami na facebooku to nigdy niewiadomo, także tego... Pozdrowienia dla wszystkich wytrwałych fanów!

niedziela, 24 lutego 2013

Music from the Balcony [ENG]

After a tough morning I decided to sit in front of my computer and look through the Facebook. As usual you scroll down over and over again and there's actually nothing interesting but you carry on anyway, until you realise that your tea, that was pretty hot some seconds ago, is already cold. And suddenly I see some new posts that are quite interesting: The Paul Menel Band's concert was cancelled and on their place Ray Wilson appeared. The show was scheduled on 22.02.13 in Teatr Wielki im. Stanisława Wyspiańskiego, Katowice. The others included on the DVD recording act were RPWL and Alchemy by Clive Nolan.


As far as I couldn't believe it, I decided to call Ray's manager. Some minutes later I knew that it was 100% true, so without wasting time I got myself a ticket for a show, ticket for a train and I booked a hotel room. Wilson's DVD was titled 20 Years and more, so this means that it should contain the songs from all periods of his career, starting from Guaranteed Pure's Swing Your Bag from 1993 and ending with his latest solo album Chasing Rainbows (to be released in April 2013). Since Ray played lots of Genesis Classic shows recently, you may thought that this show was going to be unique. I mean lots of old stuff that wasn't played for a very long time.

Obviously I couldn't forget about the RPWL. I saw them live back in April 2012 (photos here) and I was really impressed. The live presentation of Beyond Man And Time album was breathtaking. You could only understand the whole concept and the plot of the cd after seeing the live performance. After that night I thought to myself it would be cool to do a reedition of the album with the live DVD material. It turned out that they were going to do it in a way. I was really excited to see both of those amazing bands live at one place. But well, this wasn't all that Katowice offered me for that evening. The main act of the evening was provided by Clive Nolan and his musical called Alchemy. Actually I did not know anything about the man, apart from the fact he was a member of Pendragon and Arena, but somehow it was all I actually wanted and needed to know. I thought to myself, that I could always do the research if I really enjoy the show. 


22nd February finally appeared on the calendar, however the start of the day wasn't that good. It all began with a dream, in which I stayed at home that long, that I was still in Łódź when the concert was in progress. When I finally woke up I looked at the watch and realised it's still an hour till the alarm clock rings. Luckily in reality everything went better than expected. Train was in Katowice 10 minutes late, but it actually didn't matter. There were some works done to develop the Train Station and some repairs done in the city center. This made my journey to the hotel a bit more difficult but still it wasn't that bad at all.

When I got into my hotel room and looked through the window, I started regretting I didn't take my camera with me. The view showing a part of Katowice's city center was astonishing. Some time later I found out where RPWL stays for the night. When I was leaving the hotel I saw Yogi Lang, who was getting inside. We did a small talk and then both of us continued their journeys. They were playing after Ray, so they had a lot of free time.

From the outside Teatr Śląski couldn't be described as interesting, comparing to... let's say, Spodek. But from the inside it was really nice. On 17:00 I entered the exact place where I was going to sit and watch the show. The first impression was very positive. I was on the first of two balconies and the view was just perfect. And what's interesting I had a very comfortable sit while the people on my left had to sit on chairs... There were a few complaints about the places where people should sit, but after a time all those problems were solved and we could finally wait for the live act to start.

Ray Wilson
I haven't seen Ray performing for quite a long time. The last ones were in Polish Radio Trójka (see photos here) and a few days later in Poznan (Genesis vs Stilskin) at UEFA Euro Fanzone. Obviously I thought that Ray and co are going to play songs from his long and quite successful career. But when I saw the people who appeared on stage I became a bit doubtful. Ray, Steve, Darek, Alicja, Basia, Ania & Agnieszka. This looked to me a bit more like Genesis Classic Quartet squad, but ok, let's ignore it and see what's going to happen. They started with Follow You, Follow Me. Next ones were Sarah and Lemon Yellow Sun, one of my favourite songs from She. It made me smile and sing along with Wilson. Continuing this we heard Tale From a Small Town, from Unfulfillment. Now that was time for a short story. It was about the first time Ray visited Poland back in 1998 with Genesis during Calling All Stations Tour. From that story I realised, that I stayed at the same hotel as they did now, and Genesis did then. Ray also commented on the weather, which wasn't that pleasant. But I believe it was much colder in 1998. That was also an announcement for the next song - Not About Us. However Darek Tarczewski decided to play the intro from The Lamb Lies Down On  Broadway and then moving softly through various random stuff to the intro of the 'proper song'. He really knows how to push his instrument to the limit. Later on the band played two songs from two first Ray's solo albums. The title track from Change, and The Actor, from The Next Best Thing. I love the first one, even though I probably have heard this on each Ray's concert I have attended (this means twelve times). The second one on the other hand is rarely played but is great as well.

Within time Genesis songs started to appear more often in the setlist, starting with That's All. Before Shipwrecked Ray told us another story. A story of his old friend, Yogi from RPWL. He was jealous of the girls from string section in Ray's band. I guess RPWL next tour will be with string section said Wilson. Another Day was the next song to be played. A song about Ray's friend who killed himself. Later on Ray performed No Son of Mine from We Can't Dance, First Day of Change from Unfulfillment and Carpet Cralwers, which Ray recorded with Steve Hackett not a long time ago. Mama also turned out on the setlist, which lately appeared quite often on Ray's concerts. However this version was much more different that the one I heard in Poznań last year. The string section took the foreground and did their best. But it wasn't their last world. Ripples and instrumental version of Entangled (played by Darek with Basia) showed the real strength of the section. Then Basia and Alicja played Vivaldi Intermezzo which softly went through to the intro of Inside. I love it when one songs is connected with the other in this way. One ends where the other begins.

Musicians got out of stage, but the audience wanted more. They request met with the answer. Another two songs were performed: The Airport Song from Swing Your Bag and Peter Gabriel's cover - Solsbury Hill. Overall Ray and his band performed 20 songs in about 2 hours. But wasn't there too much Genesis? Well, it definitely didn't look like a concert promoting Ray's 20th anniversary in music industry. But we don't know, why the setlist looked like this. All we know is, that Ray will play a concert in Radio Trójka on 14th April to finish his DVD. It will probably be full band including Ali Fersuson and MacMillan brothers. Shame they were not here... Don't you think that the second concert might bring more interesting songs from Ray's career? Possibly, since he already played a lot Genesis stuff and certainly he is not going to repeat the repertoire. Hopefully...

RPWL
A little bit dissapointed with Ray's performance, I thought that RPWL will do the job perfectly. Obviously I already knew how will the whole show look like, but still I was excited. Every single show from Beyond Man And Time had its animations, special outfits and other things. You could see and old man talking (Transformed), a blind man (Beyond Man And Time) and a fisherman with a fishing rod with a heart on it (The Fisherman). I adore Yogi's calm and warm voice, Kalle Wallner's guitar skills are unbelievable but the rest of the band are also fantastic musicians who do their best. You simply want to listen to their live music on and on!

After those eleven songs a question appeared: what's next? Will we hear some more or is it the end? Yogi clarified it: We couldn't leave you without playing this song. In that particular moment I screamed: Roses! Some people repeated my action and Yogi with his calm voice introduced his old friend, who have already played that day. First few notes came in and I knew the dream was coming true. Ray appeared on stage and started singing. In April 2012 I heard Roses with Yogi and I really liked it. This time they performed a duet. Ray did not sing the whole song alone. Obviously the audience also sang the song on the chorus. I think that this song was the time when people were having best time during the whole concert. That's not really strange, it's a wonderful song, written by a great musician and performed by a group of professionals.



You may think that RPWL played shorter than Ray. It's 20 songs against 12. But let's not forget that RPWL is a true prog rock band and their songs are simply longer. That's the reason why both of these concerts lasted a bit less than 2 hours.

Alchemy by Clive Nolan
The last one to perform was Clive Nolan with his band presenting Alchemy. The show started a few minutes before 23:00. Nolan's Musical consisted of two parts. Act I consists of a Prologue and eight scenes, Act II of six scenes. It all lasted about two hours. I have to admit that the author and the people who played it were incredible. We could see two 'teams'. One was responsible for music and the other one for acting. The result was sublime. It was like having both a live concert and a spectacle at once. In the leaflet we can read that the action is set in 19th century under Queen Victoria's rule. The Musical is full of adventures, it's a story about passion, betrayal and revenge. 

The only problem with this performance was... the time it started. It was really late and when they set off I was already there for five hours. I was simply exhausted and couldn't concentrate on what was going on. That's probably why I decided to leave the venue when the first Act was finished. 

Summary
Was it worth to travel all way from Łódź to Katowice? Well, it all depends on the point of view. For me, travelling here to see a single concert (one of those free) seemed completely pointless. Why? Ray Wilson's show was good, however it was more like Genesis Classic Quartet than 20th Anniversary Show. RPWL did an awesome job, but... for me it was a little bit too short. When I saw them in April 2012, they divided their concert into two parts. First was the Beyond Man And Time set, containing all songs from the album. The second one was The RPWL Live Experience set, kind of the best of with some of the most known songs. And it was great. I mean, for that concert you paid less and you got more. I am not going to discuss the Alchemy, since I am not into those kind of things and I don't feel good enough to evaluate the topic. Certainly as a big fan of Ray Wilson's and RPWL work I really enjoyed my stay in Katowice as a whole event, I mean Ray Wilson / RPWL / Alchemy it was really worth travelling. Obviously they all did the DVD here. This is also a good reason to see the show yourself. Just to have a souvenir, no doubt.

Going back to the topic of hotel Katowice. Having the opportunity to live in the same hotel as musicians from Ray's band and RPWL was a unique experience. Just imagine yourself sitting and drinking coffee and suddenly one of the member appears. This can really make you happy. At least when you are mental just as me. Obvioulsy I had the chance to get some of the cds signed. Now my World Through My Eyes and  Roses could lay on the shelf and make me proud of collecting all the autographs.


PS. If you'd like to read my older articles or see some photos have a look at the links below. Polish stuff is also included, since it contains lots of pictures. Apart from that you have English and German section with the texts I did for the Genesis Fanclub. They also contain some photos, but the number of them is limited.

my texts in Polish including lots of photos:
RPWL, 29.IV.2012 klub Progresja, Warszawa

Ray Wilson - Genesis vs Stiltskin Box
Ray Wilson & the Berlin Symphony Ensemble, 21.VIII.2010 Plac Teatralny, Drezno
Ray Wilson & Stiltskin, 18.X.2011 Hard Rock Cafe, Warszawa
Ray Wilson, 20.VI.2012 Myśliwiecka 3/5/7, Warszawa [15Springsteen]

my English texts:
Ray Wilson - Four Shows in Poland (2008-2010)
Ray Wilson Acoustic Trio, 17. 3.X.2010 Oskard, Konin
Ray Wilson & Stiltskin, 18.X.2011 Hard Rock Cafe, Warszawa
Ray Wilson, 20.VI.2012 Myśliwiecka 3/5/7, Warszawa [15Springsteen]

my German texts [actually translated from English to German by Martin Klinkhardt]:
Ray Wilson - Vier Shows in Polen (2008-2010)
Ray Wilson Acoustic Trio, 17. 3.X.2010 Oskard, Konin
Ray Wilson & Stiltskin, 18.X.2011 Hard Rock Cafe, Warszawa
Ray Wilson, 20.VI.2012 Myśliwiecka 3/5/7, Warszawa [15Springsteen]

Music from the Balcony [PL]

Jak zwykle, po jednym z ciężkich poranków przyszedł czas na zamulanie na Facebooku. Wtedy minuty mijają jak sekundy i herbata, która przed chwilą była jeszcze ciepła, jest już lodowata i średnio nadaje się do picia. Tak naprawdę nie ma tam niczego ciekawego, ale i tak uparcie scrolluje się coraz niżej i niżej. Nagle pojawia się coś nowego. Patrzę i nie wierzę własnym oczom. Czytam jeszcze raz i kolejny. Wygląda na to, że to chyba na serio. Portal Rock Area podaje, że na miejsce The Paul Menel Band wskoczy Ray Wilson i 22.02.13 w Teatrze Śląskim im. Stanisława Wyspiańskiego nagra DVD obok zespołu RPWL i Clive'a Nolana przedstawiającego swój nowy musical, Alchemy.


To jest coś, ale postanowiłem sprawdzić to u źródła. Telefon do managera Raya powinien wszystko wyjaśnić. Tak też się stało. Dużo czasu nie upłynęło nim w ręku miałem bilet na koncert, bilet na pociąg do Katowic i zarezerwowany hotel. Poszło dość szybko, ale nie bez powodu. Ray zamierza nagrać DVD pod tytułem 20 Years and more. Jak sama nazwa wskazuje, ma ono podsumować jego dwudziestoletnią karierę w branży muzycznej, zaczynając od 1993 z Guaranteed Pure - Swing Your Bag, na ostatnim solowym albumie Chasing Rainbows (premiera: IV.2013) kończąc. Biorąc pod uwagę, że ostatnimi czasy Ray grał głównie z projektem Genesis Classic zdawała się to być niepowtarzalna okazja, by odkurzyć stare utwory oraz przedstawić je publiczności.

Nie mogę również zapomnieć o RPWL. Ich koncert w Progresji w kwietniu zeszłego roku zrobił na mnie ogromne wrażenie. Zwłaszcza przedstawienie ich albumu Beyond Man And Time. Dopiero zobaczenie ich występu pozwoliło mi w pełni zrozumieć, co tak naprawdę muzycy chcą nam opowiedzieć. Wtedy też pomyślałem, że genialnym dodatkiem byłoby dołączenie do albumu koncertowego DVD. To własnie miało się spełnić. Dwa fenomenalne zespoły w tym samym miejscu i czasie.  Ale to nie koniec! Gwiazdą wieczoru miał być Clive Nolan. Miał on zaprezentować wraz z zespołem swój najnowszy musical - Alchemy. Na tę chwilę w zasadzie nie wiedziałem o tym występie nic, poza tym, że Nolan występował w Pendragonie i Arenie. W zasadzie to mi wystarczyło.


Gdy już nadszedł upragniony 22 lutego nawet moja podświadomość była podekscytowana. Dzień zacząłem od snu, w którym zostałem w domu zbyt długo, w efekcie koncert trwał w najlepsze, a ja nadal byłem... w Łodzi. Gdy się obudziłem, przerażony spojrzałem na zegarek, została mi godzina do pobudki. Na szczęście w rzeczywistości wszystko poszło lepiej niż myślałem. Co prawda pociąg w Katowicach pojawił się z niewielkim opóźnieniem, ale to w zasadzie nie miało żadnego większego znaczenia. Bardziej istotne były prace na dworcu i w centrum miasta. Utrudniły mi one nieco dotarcie do hotelu, choć okazało się, że droga prowadzi cały czas prosto. Nie spodziewałem się, że pójdzie aż tak lekko.

Wyglądając przez okno swojego pokoju zacząłem żałować, że nie wziąłem ze sobą aparatu. Widok z dziewiątego piętra na fragment centrum Katowic robił wrażenie. Niedługo później, dowiedziałem się, w którym hotelu nocowało RPWL. Wychodząc z niego dojrzałem Yogiego Langa, który właśnie miał zamiar wejść do środka. Zamieniliśmy kilka zdań i każdy poszedł w swoją stronę. Oni zaczynali po Rayu, więc mieli jeszcze dość sporo czasu do swojego występu.

Z zewnątrz Teatr Śląski nie wygląda zbyt ciekawie. Nie rzuca się też w oczy i nie jest tak charakterystycznym obiektem jak chociażby Spodek, który doskonale widać z daleka. W środku zaś sytuacja diametralnie się zmienia, pomieszczenia wyglądają bardzo przyjaźnie i ładnie. Pozostawało tylko pytanie, jak wygląda miejsce, w którym miał odbyć się koncert. O tym było mi dane się przekonać, około 17:00, gdy otworzyły się drzwi i mogłem zająć swoje miejsce na I balkonie. Widok był doskonały, nawet z drugiego rzędu, gdzie siedziałem. Mogłem być zadowolony z miejsca, które sobie wybrałem, ponieważ po mojej lewej stronie 3 osoby musiały siedzieć na... normalnym krześle, a nie na wygodnym fotelu. Ogólnie było sporo zamieszania z tymi miejscówkami, sporo ludzi się awanturowało, ale koniec końców wszyscy zostali uszczęśliwieni i występ mógł się zacząć.


Ray Wilson
Z Rayem nie widziałem się dość długo. Ostatni raz widziałem go w Trójce i kilka dni później w Poznaniu, razem z całym zespołem (Genesis vs Stiltskin). Nastawiłem się na zestaw piosenek z jego solowej kariery, lecz gdy zobaczyłem w jakim składzie pojawili się na scenie lekko się zmieszałem. Ray, Steve, Darek, Alicja, Basia, Ania i Agnieszka. To mi bardziej pasowało pod koncert z serii Genesis Classic Quartet, ale ok. Poczekajmy do końca. Początek zdawał się potwierdzać moje obawy, gdyż zaczęli od Follow You, Follow Me. Dla równowagi pojawiło się Sarah i Lemon Yellow Sun. Dawno nie słyszałem tej piosenki z She, stąd nieśmiało się uśmiechnąłem, cicho podśpiewując razem ze Szkotem. Idąc za ciosem zagrano Tale From A Small Town, utwór z ostatniego albumu Stiltskin - Unfulfillment. W tym momencie nastąpiła przerwa na małą anegdotę. Dowiedziałem się z niej, że Ray wraz z Genesis w 98' również nocowali w hotelu Katowice i pogoda była równie nieprzyjemna. W ten oto sposób, Ray zapowiedział Not About Us z Calling All Stations. Jednak Darek Tarczewski postanowił się wyłamać i zagrał intro z The Lamb Lies Down On  Broadway, następnie sprawnie bawiąc się dźwiękami swojego instrumentu klawiszowego przeszedł do 'prawidłowej' piosenki. Widać, że zastępca Filipa Wałcerza jest bardzo kreatywnym i odważnym muzykiem.  Później pojawiły się dwie piosenki z dwóch pierwszych solowych albumów Raya. Tytułowy utwór z Change oraz The Actor z The Next Best Thing, który rzadko pojawia się na setlistach tego artysty. Trzeba przyznać, że to bez wątpienia doskonały kawałek. Przy czym chciałbym podkreślić, że Change to również wspaniała piosenka, mimo tego, że słyszałem ją chyba na wszystkich dwunastu koncertach Raya, na których byłem.

Z czasem utwory Genesis zaczęły przeważać. Zespół zagrał That's All, a przed Shipwrecked Wilson wspomniał o swoim dobrym znajomym, Yogim Langu z RPWL, który jest zazdrosny o dziewczyny z sekcji smyczkowej zespołu Raya. Nie zdziwcie się zatem, jak następna trasa RPWL będzie z sekcją smyczkową... dodał na koniec. Następnie było Another Day, napisane ku pamięci znajomego Raya, który popełnił samobójstwo. Potem No Son of Mine z We Can't Dance, First Day Of Change z Unfulfillment oraz Carpet Crawlers, które Ray ostatnio nagrał na nowo ze Steve'm Hackett'em. Pojawiła się też legendarna Mama, którą Ray ostatnimi czasy bardzo mocno eksploatuje. Tym razem była to kompletnie inna wersja niż ta, którą usłyszałem w czerwcu '12 w Poznaniu podczas koncertu w ramach Euro 2012. Tutaj na pierwszym planie pojawiły się smyczki, które doskonale spisały się w zbudowaniu melodii. Tak na dobrą sprawę to był wstęp, do tego co działo się później. Sekcja smyczkowa została na pierwszym planie na dłużej, przy okazji Ripples, czy Entangled, które było utworem instrumentalnym w wykonaniu Darka i Basi Szelągiewicz. Koniec popisów zakończyło Vivaldi Intermezzo w wykonaniu Basi i Alicji, które płynnie przeszło w intro do ostatniego utworu tego wieczora przed bisem - Inside. Taki mały zabieg, a efekt jest super!

Muzycy zeszli ze sceny, jednak publiczność domagała się więcej. Ich prośba została wysłuchana dwiema piosenkami: The Airport Song z albumu Swing Your Bag oraz coverem Petera Gabriela - Solsbury Hill. Razem daje to 20 piosenek i niecałe 2 godziny grania. Ale czy nie za dużo tu Genesis? Setlista wydaje się być bardzo asekuracyjna, ale może Ray dostał nakaz z góry że ma być więcej brytyjskiego progrocka? Tego nie wiemy. Natomiast wiemy to, że Ray do swojego DVD włączy też kolejny koncert - 14. kwietnia w Trójce. Tym razem ma być to pełny zespół z Alim, Lawriem i Ashem, których tutaj zabrakło. Wszystko wskazuje na to, że koncert na Myśliwieckiej będzie zdecydowanie ciekawszy dla fanów Raya. Dlaczego? Mam wrażenie, że limit piosenek Genesis na DVD powoli się kończy, stąd w Warszawie powinniśmy usłyszeć więcej solowego materiału, który nie pojawia się tak często w setlistach. Oby tak było!

RPWL
Nieco zawiedziony występem Raya, bardzo liczyłem na RPWL. Doskonale wiedziałem, co zobaczę, mimo to nie mogłem się doczekać. Zespół doskonale prezentuje się na żywo, a każda piosenka z Beyond Man And Time jest okraszona animacjami oraz efektownymi strojami, które ubiera Yogi Lang. Od starego mędrca mówiącego w Transformed, przez ślepego człowieka przedstawionego jako mężczyznę z czarną opaską w Beyond Man And Time, czy cień w The Shadow, kończąc na rybaku z sercem na wędce w The Fisherman. Uwielbiam ten spokojny i ciepły głos Yogiego, a umiejętności gry na gitarzę zazdroszczę Kallemu Wallnerowi. Pozostali trzej członkowie również mają ogromny wkład w brzmienie zespołu. Ich po prostu chce się słuchać na okrągło.

Po odegraniu 11 utworów z ostatniego albumu pojawiło się pytanie co dalej. Czy usłyszymy coś jeszcze, czy to już koniec? Sytuację rozjaśnił Yogi Lang: Nie możemy was zostawić bez tej piosenki. W tym momencie wydarłem się na cały głos: Roses! Za mną poszło kilka innych osób, a Yogi ze stoickim spokojem przedstawił nam swojego starego, dobrego znajomego, który dzisiaj już miał okazję dzisiaj grać. W teatrze rozbrzmiały pierwsze nuty singla z World Through My Eyes, a na scenie pojawił się Ray Wilson. Wychodzi na to, że moje (i nie tylko moje) marzenie o usłyszeniu Roses w wykonaniu Szkota właśnie miało się spełnić. Miałem okazję usłyszeć ten utwór w wykonaniu Yogiego w Progresji i mogę teraz te dwa wykonania porównać. Zacznijmy od tego, że to był duet. Ray nie śpiewał tego utworu sam. Część zwrotki śpiewał on, część Yogi. Refren śpiewali razem lub pozwalali publiczności sprawdzić swoje zdolności wokalne. Mam wrażenie, że właśnie podczas tej ostatniej, dwunastej piosenki, publiczność bawiła się najlepiej. Nic dziwnego, to wspaniała piosenka, napisanego przez świetnego muzyka i wykonana przez grupę profesjonalistów.



Wydawać by się mogło, że RPWL zagrało dużo krócej od Raya. 20 piosenek vs 12? Czasowo wyszło podobnie, a powód jest prosty. Utwory RPWL są zdecydowanie dłuższe, jak przystało na prog rockowy zespół.

Alchemy by Clive Nolan
Na danie główne zostaliśmy wezwani dzwonkiem w iście teatralnym stylu chwilę przed 23. Musical Clive'a Nolana składa się z dwóch części. Akt I składa się z Prologu i ośmiu scen, zaś Akt II z sześciu scen. Czasowo wychodzi to około 2 godzin. Ja jestem pełny podziwu zarówno dla twórcy, jak i odtwórcy tego projektu. Na scenie zobaczyliśmy grupę muzyków oraz grupę aktorów. Tak, jakbyśmy obserwowali sztukę i koncert jednocześnie. Ogromna ilość tekstu, który musiał przyswoić każdy z aktorów oraz mnogość dialogów robi wrażenie. W ulotce dotyczącej Alchemy możemy przeczytać:

Osadzony w czasach panowania królowej Wiktorii musical 'Alchemy' jest pełną przygód i dramatycznych zwrotów akcji opowieścią o pasji, zdradzie i zemście... O tajemnicach nurtujących ludzkość od zarania dziejów. Jest to historia z głębi mrocznego świata alchemii, nauk magicznych i sił nadprzyrodzonych. 'Alchemy' zamienia ołów z złoto... śmierć w życie... nienawiść w miłość...

Jedynym problemem premiery Alchemy w Katowicach była... godzina rozpoczęcia przedstawienia. Od rozpoczynającego ten maraton Raya minęło już pięć godzin. Byłem potwornie zmęczony i nie byłem w stanie skupić się dostatecznie dobrze na tym, co działo się na scenie. Dlatego też, w przerwie udałem się do hotelu, rezygnując z oglądania Aktu II.

Podsumowanie
Moim zdaniem przyjazd do Katowic, tylko dla wybranego koncertu z tych trzech byłby absolutnie bezsensowny. Ray Wilson zagrał dobry, acz typowy dla siebie koncert rodem z Genesis Classic Quartet, RPWL zagrało za krótko! Już wyjaśniam. W kwietniu w Progresji było tak: zespół gra całą płytę Beyond Man And Time, potem przerwa i druga część, na którą składa się kilka piosenek z poprzednich płyt. Takie małe the best of. Tutaj mieliśmy tylko jedną piosenkę, fakt. To prawda, że Ray śpiewa ją z RPWL cholernie rzadko, ale podczas całej trasy mieliśmy więcej za mniej. To prosta kalkulacja. Przyjazd na samo Alchemy być może byłoby dobrym pomysłem, ale dla fana takich klimatów, stąd tutaj nie jestem w stanie się wypowiedzieć. Nie zrozumcie mnie źle, całe to wydarzenie, jako Ray Wilson / RPWL / Alchemy uważam, za świetne, natomiast wątpię, by dla fana któregoś z tych dwóch zespołów opłacało się tu przyjeżdżać specjalnie. Ten koncert był o tyle istotny, że tutaj nagrano DVD. Jeśli dla kogoś jest to dostateczny powód by przyjechać... pewnie przyjechał, a ci, którzy nie byli mogą tylko żałować w przypadku, gdy nie mieli okazji zobaczyć Raya/Yogiego i spółki na żywo. Chyba, że kogoś zadowoli obejrzenie materiału filmowego...

Wracając do tematu hotelu Katowice. Mieszkanie z muzykami, których widziało się dzień wcześniej na scenie ma swoje plusy. Pijesz sobie spokojnie kawę, a tu nagle wpada ktoś z radosnego towarzystwa. Jedni pełni energii, inni niczym zombie. To dla mnie nowe doświadczenie, bo wcześniej mi się to nie zdarzyło i muszę powiedzieć, że to bardzo fajne uczucie, przebywać w pobliżu tych barwnych postaci.

Nie byłbym sobą, gdybym nie pochwalił się swoimi zdobyczami koncertowymi. Co ciekawe, album The RPWL Live Experience kupiłem w Katowicach. Czekałem na otwarcie bram i zajrzałem do sklepiku. Byłem przekonany, że za pieniądze, które mam przy sobie (35 zł) nic nie kupię. Jakież było moje zdziwienie, gdy dojrzałem ten dwupłytowy album za... 20 zł. Spytałem sprzedawcę, czy to aby na pewno dobra waluta i to wydanie. Potwierdził. No to co, jak mogłem nie wziąć... A co najważniejsze, w końcu mam podpis Raya na World Through My Eyes i Roses. Jak jechałem na koncert w Trójce, to zapomniałem ich wziąć, a w Poznaniu nie spotkałem Raya. Cóż, do trzech razy sztuka!


PS. Jakby ktoś chciał poczytać/zobaczyć zdjęcia z poprzednich występów Raya/RPWL na których byłem, to zapraszam do skorzystania z rozpiski ponizej. Znajdują się tam 3 kategorie, podzielone zgodnie z językami, w jakich są dane teksty.


moje teksty w języku polskim [+ zdjęcia mojego autorstwa]:
RPWL, 29.IV.2012 klub Progresja, Warszawa

Ray Wilson - Genesis vs Stiltskin Box
Ray Wilson & the Berlin Symphony Ensemble, 21.VIII.2010 Plac Teatralny, Drezno
Ray Wilson & Stiltskin, 18.X.2011 Hard Rock Cafe, Warszawa
Ray Wilson, 20.VI.2012 Myśliwiecka 3/5/7, Warszawa [15Springsteen]

moje teksty w języku angielskim [+ zdjęcia mojego autorstwa]:
Ray Wilson - Four Shows in Poland (2008-2010)
Ray Wilson Acoustic Trio, 17. 3.X.2010 Oskard, Konin
Ray Wilson & Stiltskin, 18.X.2011 Hard Rock Cafe, Warszawa
Ray Wilson, 20.VI.2012 Myśliwiecka 3/5/7, Warszawa [15Springsteen]

moje teksty w języku niemieckim [+ zdjęcia mojego autorstwa. artykuły przetłumaczone z j. angielskiego przez Martina Klinkhardta]:
Ray Wilson - Vier Shows in Polen (2008-2010)
Ray Wilson Acoustic Trio, 17. 3.X.2010 Oskard, Konin
Ray Wilson & Stiltskin, 18.X.2011 Hard Rock Cafe, Warszawa
Ray Wilson, 20.VI.2012 Myśliwiecka 3/5/7, Warszawa [15Springsteen]

sobota, 16 lutego 2013

Powrót Legendy

Doskonale wiem, że jest połowa lutego, a na blogu nie było niczego nowego od... yhm... października. W zasadzie to sezon na motoryzacyjne foty wtedy się kończył, ale kiedyś trzeba było zacząć robić porządki ze swoim kolanem, stąd byłem uziemiony mniej lub bardziej z powodów zdrowotnych. A jak już mogłem jakoś normalnie się ruszać to spadł śnieg, a na liście oczekujących głównie klasyki... stąd cisza. Nie będę pisał, co zobaczycie tutaj w 2013 roku z dwóch powodów: nie chcę psuć niespodzianki oraz rzucać słów na wiatr. Z organizowaniem sesji to bywa różnie, czasami kontakt z właścicielem urywa się nagle i mimo wszystkich szczegółów dopracowanych w najmniejszym detalu cały plan idzie się... no właśnie. 

Bardzo chciałem, żeby dobrze zacząć ten nowy rok i chyba mam w końcu coś na tyle sensownego, by móc to spokojnie podpisać swoim nazwiskiem. Jest to samochód, który bardzo chciałem zobaczyć. Bardzo, bardzo. Ten prototyp z lat 50-tych XX wieku zyskał ostatnimi czasy bardzo duży rozgłos, wiele osób próbowało i próbuje go odbudować, z lepszym, lub gorszym skutkiem. Chciałem przedstawić wam Syrenę Sport, której odbudowa została sfinansowana przez Żołądkową Gorzką. Zdawało by się, że reklamowanie wódki poprzez samochód jest równie trafione, co reklamowanie prezerwatyw w celach spożywczych, ale jednak jest jakiś element wspólny. Pozwolę sobie zacytować fragment ze strony:

Dlaczego Żołądkowa? I dlaczego wódka miałaby odbudować samochód?
Wódka Żołądkowa Gorzka to więcej niż tylko wódka, produkt – to legendarna marka, jedna z najbardziej rozpoznawalnych w kraju, sławna również za granicą. Nie wiadomo dokładnie, jak daleko sięga korzeniami jej długa tradycja wytwarzania, lecz pewne jest to, że w obecnej postaci Żołądkowa, tak jak Syrena Sport, pochodzi z okresu głębokiego PRL. Produkowana nieprzerwanie od lat 50-tych, cieszy się ogromną popularnością i niezmiennym uznaniem Polaków. Właśnie dlatego Żołądkowa, jako jedna z niewielu marek z tamtego okresu, którym udało się nie tylko przetrwać, ale i odnieść prawdziwy sukces rynkowy – postanowiła pomóc legendzie polskiej motoryzacji. Zainspirowana własną historią, zrealizuje niespełnione marzenie z połowy ubiegłego wieku o mknącej po polskich drogach Syrenie Sport. 

Jako, że ostatnio mam więcej szczęścia niż rozumu, okazało się, że podczas mojego pobytu w Warszawie, którego głównym celem był koncert Lady Pank, mogłem zobaczyć Syrenę Sport w jednym z warszawskich supermarketów. Co więcej, w końcu mogłem zobaczyć na żywo jeden z moich ulubionych polskich zespołów, udało mi się nawet złapać Janusza Panasewicza po koncercie, a do tego obejrzałem Syrenę Sport, na czym jak już wcześniej pisałem, również dość mocno mi zależało. Dużo szczęścia w przeciągu 24 godzin. Pozostaje mi teraz czekać na wyrównujące to szczęście problemy, komplikacje itp...

W sumie pierwszy pojawił się w momencie odnalezienia samochodu. Myślałem, że będzie stać sobie luźno gdzieś przed supermarketem, jak to już nie raz bywało. Nic z tego. Syrena stała na terenie Reala na stoisku alkoholowym. Do tego z każdej strony jakaś wódka i inne trunki, co dość znacząco utrudniało dostęp do pojazdu oraz skutecznie niwelowało próby wykonania bardziej ambitnych zdjęć.






Sam dojazd do tego supermarketu zajął około godziny w jedną stronę, ale byłem tam na tyle wcześnie, że nie było tam zbyt wiele osób. Nie, nie zrozumcie mnie źle, to nie oznacza, że było pusto. To supermarket, więc wystarczyła jedna osoba. Podejdzie do półki, obejrzy, odłoży. Spojrzy obok. Odejdzie kawałek dalej. Na co dzień nie zwraca się na to zbyt dużej uwagi... do czasu. Wolałbym nie myśleć, co działoby się tam w godzinach popołudniowych (piątek). W każdym razie auto budziło zachwyt w przechodniach, najbardziej spodobała mi się reakcja bardzo starego małżeństwa. Zatrzymali się na dłuższą chwilę i wymieniali się spostrzeżeniami, jak ładna jest ta Syrena. Trudno im się dziwić, bo na żywo samochód robi naprawdę dobre wrażenie. Jedyne co mnie zastanawia, to kolor, który na wszystkich możliwych zdjęciach jest dość mocno 'oczobijący', gdzie w rzeczywistości już tak dobitny nie był. Może to kwestia oświetlenia, ale ja starałem się nieco stonować ten pomarańcz, który aparat zdawał się dość mocno podkreślać. 







Wielka szkoda, że ten pojazd nie trafił do produkcji. Wygląda niesamowicie i myślę, że zrobiłby furorę nie tylko w naszym kraju, ale i zagranicą. Całe szczęście, że mamy w kraju wielu miłośników motoryzacji okresu PRL-u, którzy wkładają ogromny wysiłek, swój czas i mnóstwo pieniędzy w rekonstrukcję tego genialnego samochodu. Oby pojawiło się ich jak najwięcej. W ramach ciekawostki mogę powiedzieć, że Syrena Żołądkowej Gorzkiej jest do wygrania w konkursie. Szczegóły znajdziecie tutaj. Tymczasem ja się z wami żegnam i pozdrawiam wszystkich czytelników (tych oglądających tylko zdjęcia również). Oby do rychłego zobaczenia!






niedziela, 14 października 2012

Against All Odds

Ostatnio bardzo polubiłem jesień. Zwłaszcza dzięki tym dniom, kiedy słońce przebijało się przez żółte liście. Ten widok bardzo poprawiał mi humor. Jednak najlepsze miało dopiero nadejść. Pewnego pięknego dnia dojrzałem na forum Alfy Romeo nowego użytkownika z województwa łódzkiego. Zaintrygowała mnie rubryka 'samochód'. Nie myśląc długo spytałem, czy nie byłby zainteresowany jakąś sesją zdjęciową w jesiennym stylu. Wszystkie ustalenia szły sprawniej niż myślałem, gdy udało się dogadać termin byłem niemalże dumny, ale doszedłem do wniosku, że postaram się nie wypaplać wszystkim, co będę mieć na zdjęcia. Nie powiem, było to trudne... Głównym powodem było to, że jesień ma to do siebie, że piękną pogodę bardzo szybko przełamuje mało atrakcyjny, silny deszcz. Z początku wszelkie prognozy ostrzegały przed opadami właśnie wtedy, gdy miało dojść do naszego spotkania. Ale nie załamywałem się, wspólnie ustaliliśmy, że punkt 12.00 zadzwonię i wtedy podejmiemy ostateczną decyzję. 

Obudziłem się koło szóstej rano. Wtedy właśnie okazało się, że jestem ledwo żywy i nie nadaję się do zdjęć. Żołądek starał się przez długi okres czasu sugerować mi, że dzisiaj nigdzie nie pojadę. Z początku nie byłem tym wcale przejęty, zwłaszcza, że pogoda sugerowała mi dokładnie to samo. Jednak z czasem robiło się coraz ładniej, aż koło południa było wręcz genialnie. Siła woli okazała się wygrać z całym organizmem i po telefonie byłem już na 100% pewny, że jadę i nie ma innej opcji. Na szczęście przekonałem do tego swój żołądek, który przestał marudzić i mnie wyzywać. Za bardzo mi na tym zależało, żeby po prostu się poddać.

Na miejscu pojawiłem się z 15 minut przed czasem, ale nie musiałem długo czekać. W zasadzie od tego momentu wszystko szło już zgodnie z planem bez większych przeszkód. Na początek wybrałem bardzo ambitne miejsce, przez to dość długo tam zabalowaliśmy. Rezultaty możecie podziwiać poniżej. Pierwsze dwa zdjęcia zostały obrobione przez mojego dobrego znajomego - Marcina. Jeszcze raz wielkie dzięki. Bardzo podoba mi się klimat tych zdjęć, stąd przy trzecim próbowałem osiągnąć podobny efekt. 




Drugie miejsce wydawało mi się mniej wymagające. Poszło zdecydowanie szybciej i bez większego bólu. Poza kilkoma osobami, które z jakiś bliżej nie znanych powodów przejeżdżały tą drogą i musieliśmy (nie raz, nie dwa) przerywać zdjęcia.




Ze względu na światło postanowiłem tutaj zrobić zdjęcia wnętrza. Muszę powiedzieć, że nie ma żadnego porównania jeśli chodzi o dostępność cabrio a coupe. Stąd też dłuższą chwilę zajęło mi 'kontemplowanie' nad środkiem tej uroczej Alfy. Co prawda, wymaga wiele pracy, ale wiem, że któregoś pięknego dnia będzie wykończone nową, skórzaną tapicerką i to średnio pasujące radio zostanie zastąpione egzemplarzem z  epoki lat '80. W planach są też drewniane wstawki. Z pewnością dodadzą szyku Spiderowi.







W środku siedzi się nisko. Dla mnie to ogromny plus... dopóki moje kolano nie zaczęło się skarżyć. Wtedy wsiadanie okazało się akrobatycznym wyczynem. Ale i tak na samą myśl o ponownym zajęciu prawego fotela miałem banana na całej twarzy. Tak samo podczas jazdy. Przez pewien czas odnosiłem wrażenie, że wszelcy gapiący się ludzie patrzą się na moją idiotyczną minę, a nie na sam (trzeba to otwarcie przyznać) rzadki samochód. Ale może nie było tak źle i oni po prostu nam zazdrościli. Trzymajmy się tej wersji :)



Czas na ostatnie miejsce. Szkoda było wysiadać (niestety), ale umówiliśmy się przecież na zdjęcia, a nie na bezcelowe jeżdżenie po okolicy. Choć muszę przyznać, że każda wydana złotówka na paliwo do tego konkretnego samochodu jakoś mniej by mnie bolała... Pomógłbym mojej wyobraźni w rozwoju, gdy szukałbym kolejnych dobrych wymówek by się przejechać. Powiedzmy sobie szczerze, dwulitrowy silnik i napęd na tył to jest rozwiązanie optymalne do tego samochodu. To jest prawdziwa Alfa. Te nowe może i wyglądają lepiej niż konkurencja, ale nie mają duszy. Podobnie jak większość dzisiaj wytwarzanych samochodów.





Nim się obejrzałem, minęły już prawie 4 godziny odkąd miałem przyjemność przebywać z tą nietuzinkową Włoszką. Nie sądziłem, że Alfa Romeo Spider zrobi na mnie tak duże wrażenie podczas bliższego kontaktu. Co prawda nie miałem okazji się nią przejechać ale i tak wywarła na mnie dość duże wrażenie. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś się spotkamy i wtedy może ten fakt się zmieni. Tymczasem pozostaje mi podziękować Grześkowi za mile spędzony czas. Do zobaczenia wkrótce!