środa, 30 września 2015

Mizerne wakacje

W tym roku na cel wakacyjny wybrałem polskie góry, będąc po części zainspirowanym wpisem na blogu na który trafiłem kompletnie przypadkowo. Poszukiwanie idealnego miejsca trwało dość długo, ale po znalezieniu odpowiedniej oferty byłem w zasadzie pewny, że to jest to. Później pozostało już tylko czekać, bo wyjazd został zaplanowany na koniec września.

Pakując się w samochód z samego rana, udałem się w podróż na wieś w gminie Czorsztyn o uroczej nazwie Mizerna. Po drodze mijaliśmy wiele ciekawych miejscowości, jak Kuzki, Miny, Trzyciąż czy Januszowice. Kraków rzecz jasna też. 

Z początku plan zakładał odpoczynek w domku z dużą działką i fantastycznym widokiem na góry, ale jak zwykle siedzenie w miejscu w moim przypadku nie wchodziło w grę. Zwłaszcza, że w okolicy jest co oglądać. Zacznijmy od ruin gotyckiego zamku z XIV wieku w Czorsztynie.






Z Czorsztyna jest bardzo blisko do Niedzicy. Gdy już miniemy Sromowce Wyżne i naszym oczom ukaże się Jezioro Sromowieckie, w oddali dostrzeżemy zaporę wodną na zbiorniku Czorsztyńskim. Z niej rozpościera się widok na Zamek w Niedzicy, a jeśli dobrze się przyjrzymy to w tle będzie widać Zamek w Czorsztynie. Warto również wspomnieć o tym, że po jeziorze Czorsztyńskim odbywają się regularne rejsy widokowe statkiem. Dla mnie była to pozycja obowiązkowa, polecam wszystkim.












Z lewej - Zamek w Niedzicy, z prawej w tle - Zamek w Czorsztynie. Zdjęcie zrobione z zapory wodnej na zbiorniku Czorsztyńskim




Po dniu pełnym atrakcji przyszedł czas na relaks. Pogoda sprzyjała siedzeniu na tarasie i podziwianiu okolicy. Błogą ciszę czasem przerywały owce lub kozy pasące się w pobliżu. Bez wątpienia było to idealne miejsce do odpoczynku.


Następny dzień był zarezerwowany na zdobycie szczytu góry Wdżar, która znajdowała się w Kluszkowcach - wsi sąsiadującej z Mizerną. Co ciekawe, jest to jedno z niewielu miejsc w Polsce, gdzie występuje andezyt - skała pochodzenia wulkanicznego. Poza sezonem miejsce to było w zasadzie opustoszałe. Nie licząc zwierzątek. Ich akurat było całkiem sporo.











Ostatnim dalszym wypadem ze wsi była wizyta w Szczawnicy. Próba zdobycia Sokolicy zakończyła się sukcesem, choć nie było łatwo. Szczyt był pierwszym miejscem, w którym poważnie odczułem brak jakiegokolwiek szerokokątnego obiektywu oraz... lęk wysokości. Po zejściu na dół przyszła pora na odpoczynek i powrót do Mizernej. 











W planach była wycieczka po wiosce, ale pogoda nie wyraziła zgody. Deszczowe dni najlepiej spędzało się pod kocykiem z grzanym winem. Powrót był również deszczowy, lecz zdecydowanie mniej bezproblemowy jak przyjazd. Warunki atmosferyczne przyczyniły się do wypadków, a te... do korków. Po prawie 9 godzinach i przejechanych łącznie ponad 900 km w trakcie całego wyjazdu byłem bardzo szczęśliwy wjeżdżając do Łodzi.

Chciałem napisać o jeszcze jednej rzeczy, którą celowo zostawiłem na koniec. Górskie drogi, czyli temat bliski sercu każdego prawdziwego petrolheada. Jak mieliście okazję zobaczyć na zdjęciach, okolica była piękna, ale i ogromną przyjemnością była każda przejażdżka samochodem. Gdybym miał wybrać swój ulubiony fragment, to bez wątpienia byłby to odcinek Czorsztyn - Sromowce Wyżne. Nawet podróż zwyczajnym samochodem daje dużo frajdy, ale w mojej głowie od razu zrodziła się myśl jakby to było, gdybym zabrał tam mocniejszy samochód. Chociaż trochę...

Długo nie musiałem czekać na odpowiedź, bo w poniedziałek miałem okazję przejechać się Volkswagenem Polo GTI 2015. Co prawda nie po górskich serpentynach, ale przejechane ok. 150 km po drogach różnych kategorii w centrum Polski dało mi do myślenia.

Zacznę od najważniejszego: turbodoładowany, benzynowy silnik 1,8 generujący 192 KM i 320 Nm momentu obrotowego to aż nadto. 6,7 s do 100 km/h w tak niepozornym aucie robi dość duże wrażenie, a elastyczność tej jednostki napędowej jest imponująca. Mając 100 km/h na zegarze, szósty bieg i wciskając gaz do podłogi auto reaguje w zasadzie błyskawicznie. Trzeba tylko pamiętać o ograniczeniach prędkości, bo łatwo można dostać mandat.

Wersja 5-drzwiowa średnio przypadła mi do gustu, na szczęście jest dostępna 3-drzwiowa i w dodatku jest tańsza, choć z pewnością mniej praktyczna. 17-calowe felgi zdają się być idealnym kompromisem pomiędzy wyglądem, a wygodą.

Wnętrze jest moim zdaniem bliskie ideału. Fotele w kratę wyglądają świetnie i są całkiem wygodne, a konsola środkowa w nowych Volkswagenach jest naprawdę dobra. Wisienką na torcie jest genialna kierownica (choć jak dla mnie jest tu za dużo przycisków) i fakt, że pod prawą ręką miałem do dyspozycji manualną skrzynię biegów (choć jestem ciekawy, jak jeździłoby się z DSG).

76 tysięcy złotych to dużo jak za tak mały samochód, ale cena nie bierze się z kosmosu. Dodatkowo to dopiero początek, bo po wybraniu kilku dodatków cena szybko przekracza 90 tysięcy. Moim zdaniem najciekawszą opcją na pokładzie był panoramiczny szklany dach. Szkoda, że nie ma możliwości wybrania samochodu z napędem na 4 koła. 






Mam sentyment do Polo, w końcu to model, którym jeżdżę na co dzień. Dlatego moment oddania był smutnym wydarzeniem. Podchodząc jednak realistycznie do sprawy, to nic dziwnego, że po ulicach jeździ tak mało Polo GTI. Cena wyjściowa zwykłego Volkswagena to niecałe 43 tysiące złotych, także za trzy magiczne literki trzeba słono dopłacić. Tzn sam emblemat to pewnie kilkanaście złotych, ale wszyscy wiemy, że to nie o to chodzi.  



Opuszczając ulicę Połczyńską w Warszawie pożegnał nas Porsche Cayman GT4 w dość krzykliwym kolorze. Taki potwór na pewno dobrze by się spisał na górskich serpentynach.

PS. Podziękowania dla Maćka z Project Automotive. Za jakiś czas na ich stronie pojawi się pełny test Polo GTI. Widziałem kilka zdjęć i już wiem, że to będzie dobry materiał!