środa, 21 września 2011

The 7th Day

Mój aparat odmówił współpracy, ale to nie oznacza, że nie zrobiłem już więcej zdjęć. Jest ich trochę mniej. Jednak tym razem chciałbym napisać o kilku ciekawych czy też śmiesznych historiach, które miałem okazję zobaczyć na własne oczy. Trochę więcej przemyśleń, anegdot, nieco mniej zdjęć.

Czwartego dnia (jak pisałem post wcześniej) zwiedzaliśmy przez cały dzień Ateny. Nie latałem wtedy jak szalony z aparatem, a skupiłem się na oglądaniu starożytnej architektury, kontemplacji i podglądaniu innych ludzi. Na przykład dojrzałem kłócącą się parę przy Partenonie. Bardzo romantyczne. Poszło im chyba o to, w którą stronę powinni teraz iść. Rzeczywiście, bardzo duży problem.

Natomiast będąc w ateńskim centrum zostaliśmy zgarnięci przez pracownika z jednej z tamtejszych tawern. I tak zamierzaliśmy gdzieś się zatrzymać, więc było nam to nawet na rękę. Zajmujemy odpowiadające nam miejsce i czekamy. Okazuje się, że zamówienia składa inna osoba. Czekamy dalej, jak to w Grecji. W końcu ktoś się zjawia. Składamy zamówienie, idzie gładko. Zadaje mu proste pytanie po angielsku, gość się wije, tłumaczy i pierdoli bez sensu. Wniosek prosty, nie zrozumiał tego, co do niego powiedziałem. A zapytałem tylko jak długo będziemy czekać na zamówienie. No tak, przecież w Grecji nie istnieje pojęcie czasu. Zupełnie zapomniałem... Na szczęście (jak na greckie warunki) sprawnie się uwinęli i spróbowaliśmy greckiego gyrosa. Świetny!

Ostatnia rzecz z Aten. Równo o 16:00 na placu Sindagma rozpoczęła się zmiana warty. Przewodniczka nas uprzedzała, żeby przypadkiem nikt się nie śmiał, bo to przecież ich tradycja i tak dalej... Z początku myślałem, że nie ma szansy, żeby to było śmieszne. Przecież to jest zmiana warty... Coś bardzo poważnego, na pewno Grecy nie zrobiliby z tego jakiegoś cyrku. Ale... musiałem powstrzymywać się od śmiechu i to dość często... Bez wątpienia warto to zobaczyć. Jak będziecie w Atenach, koniecznie zajrzyjcie na plac Sindagma i zobaczcie zmianę warty. Albo obejrzyjcie ją na youtube. Na pewno coś tam będzie. Zrozumiecie wtedy o czym mówię.


Piątego dnia zwiedzaliśmy przylądek Sunion położony u południowo-wschodnich wybrzeży Attyki. Dzięki wikipedii dowiedziałem się, że znajdujące się tu ruiny świątyni Posejdona są drugim najchętniej fotografowanym miejscem w Grecji zaraz po ateńskim Partenonie. Szczerze powiedziawszy jest do dla mnie kolejna sterta kolumienek i kamieni położona w genialnym miejscu, podobnie z resztą jak Partenon. To, co moim zdaniem jest ciekawe w tym miejscu to możliwości robienia zdjęć wybrzeża Morza Egejskiego. Tam z pewnością muszą genialnie wychodzić zachody słońca (do tego momentu czynny jest ten obiekt). Ale co z tego, skoro byliśmy tam od samego rana?




Następny przystanek - Kanał Koryncki. Kanał łączący Morze Egejskie z Morzem Jońskim. Dzięki niemu, statki mogą skrócić sobie drogę o ok. 400 km. Na pewno jest to bardzo ciekawe miejsce pod względem logistycznym, ale jeśli chodzi o aspekt turystyczny to trochę słabo. Nie robi on za dużego wrażenia.


 


Szósty dzień rozpoczął się obiecująco. Od Epidauros, o którym wspominałem w poprzednim poście. Później było już tylko gorzej. Między innymi zostaliśmy zabrani w miejsce, gdzie wyrabia się ręcznie różnego rodzaju naczynia. 



 

Jeśli przed tym dniem nie miałem jeszcze dość starożytnych kamieni i kilku kolumienek, które miałem w swojej wyobraźni przetworzyć sobie w wspaniałe świątynie, to po tym dniu zdecydowanie miałem już tego po dziurki w nosie. Kamienie, kolumny, kamienie. A tu był taki święty i ble ble ble. O ile w Mykenach jeszcze było na co popatrzeć, to Korynt to jedno wielkie pole wypełnione kamieniami. Fajny był Grobowiec Agamemnona, który znajduje się niedaleko Myken. Starożytni to mieli łeb. Bez żadnej zaprawy składając kamień po kamieniu tak je ułożyli, że na samej górze widać sklepienie. A z zewnątrz nic na to nie wskazuje.


Siódmy, ostatni dzień zwiedzania Grecji. Pojechaliśmy do Termopil, by zobaczyć pomnik Leonidasa i repliką tablicy upamiętniającej słynną bitwę pod Termopilami z wyrytym epigramem Symonidesa: "Przechodniu, powiedz Sparcie, tu leżym, jej syny. Prawom jej do ostatniej posłuszni godziny". Wielce podekscytowany ruszyłem w kierunku tej tablicy. I co? Wielkie rozczarowanie. Spodziewałem się czegoś bardziej spektakularnego, a nie kawałka blachy, który wystaje z ziemi...



W ten oto sposób zakończyłem planowe zwiedzanie Grecji i mam dość mocno mieszane uczucia. Z jednej strony miejsca, które robią ogromne wrażenie, a z drugiej takie, które najzwyczajniej w świecie rozczarowują.

Pamiętam, że bardzo brakowało mi w programie zwiedzania Olimpu, miejsca niemalże kultowego. Nic straconego, patrzę na listę wycieczek fakultatywnych podczas drugiego tygodnia i co widzę? Tak jest, wycieczka na Olimp! Nie wiedziałem tylko jak wielkie rozczarowanie czeka mnie tym razem...


Taki widok czekał na mnie na wysokości ponad 900 m.n.p.m. Trochę słabo... Z drugiej strony panorama na całe wybrzeże, ale ze względu na poranne godziny warunki do robienia zdjęć zbytnio nie sprzyjały. Poza tym przejrzystość powietrza była stosunkowo słaba, zatem darowałem sobie robienie zdjęć. Z resztą nie było tam niczego takiego, czego bym już wcześniej nie widział.



Zamiast skupić się na widokach z góry, skoncentrowałem się na zwierzętach. Nieopodal dojrzałem muły, a naszej grupie w wycieczce po okolicy towarzyszyła bardzo sympatyczna suczka. Pod względem psów, Grecy są bardzo w porządku. Nie łapią bezpańskich psów, nie biją ich i nie usypiają. Jak już takiego znajdą, to szczepią go, zakładają obrożę i sterylizują. W każdym większym mieście można spotkać jakieś psy i są one bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi. Pewnie dlatego, że są przez nich dokarmiane. W wielu miejscach stoją też miski z wodą, żeby taki pies nie padł z wycieńczenia.


Następnym punktem wycieczki było miasteczko Litochoro. Według przewodniczki jest to miejsce, którego nie odwiedzają turyści. Ciekawe zatem co robił tam ten Mercedes-Benz ML63 AMG z księstwa Monaco...


 

Nie oszukujmy się. Tu przyjeżdża dużo turystów i to, co usłyszałem to była niezła ściema. Po co tu przyjeżdżają autokary pełne turystów? Wszyscy zjawiają się tu w jednym celu - kierują się w stronę wąwozu rzeki Enipeas. Podobno na samym jej końcu znajduje się wodospad. Ja nazwałbym to ściekiem, albo ścieżką moczu jednego z greckich bogów wypływającą przez skałę i gromadzącego się w zbiorniku poniżej. Tak to mniej więcej wygląda. Nie mniej jednak idąc akweduktem w tamtym kierunku, zobaczymy fenomenalne widoki i... dowód, że Grecy nie znają angielskiego... 


Wracając dojrzałem kolejną ciekawą rzecz:

I na pożegnanie z Litochoro jeszcze jedno zdjęcie:

Przedostatni punkt programu, zamek w Platamonas. Znajdował się on ok. 5 km od hotelu, w którym się zatrzymaliśmy, ale samodzielna wycieczka od samego początku była odradzana wszystkim na spotkaniu organizacyjnym. Jedyna rzecz, jaką rzekomo zachwalali ludzie, którzy tam byli to "fajne żółwie".


Z zewnątrz nie wygląda za ciekawie, to prawda. Ale skoro już tu przyjechaliśmy a bilet wstępu miałem za darmo to stwierdziłem, że co mi szkodzi wejść na górę. Przekonam się na własne oczy, czy rzeczywiście warto. A w środku niespodzianka, widok z murów zamku jest po prostu zaaajebisty! Z ogromną przyjemnością kręciłem się po okolicy. Niestety dużo czasu nie było, więc szybki rekonesans i było tego na tyle.

 

Ostatnim etapem tamtejszej podróży był lunch oraz zwiedzanie górskiej wioski Paleos Panteleimonas. Przy tej okazji mogę wspomnieć nieco o greckiej kuchni. Po pierwsze, Grecy używają chleba do wszystkiego. Jesz kurczaka z frytkami, ale taki Grek zagryzłby to jeszcze chlebem. Po drugie, jeśli Grek chce zjeść kanapkę, to idzie do knajpy. Sam jej sobie nie zrobi. Po trzecie, może ze mną jest coś nie tak, ale Grecy nie potrafią dobrze przyprawić mięsa. Jest jakieś takie mało wyraziste. Mają za to fenomenalne Tzatziki. A jeśli widzicie Greka, który tłucze talerze z bananem na twarzy to nie martwcie się, to podobno przynosi szczęście.

Ach, czas na kilka zdjęć z tej wioski...


Tym razem to już naprawdę koniec. Więcej o Grecji nie będzie, nie planuje też powtórki z rozrywki w przyszłym roku. Co najwyżej dokładniej przyjrzę się greckiej części Cypru, a tak to kto wie, co będzie za rok. Na pożegnanie dołączam dwa ostatnie zdjęcia, które zrobiłem podczas swojego pobytu w Helladzie.


3,000 wyświetleń przekroczone! Dziękuję wszystkim odwiedzającym :)

niedziela, 18 września 2011

Moje wielkie greckie bankructwo

Wkurzaliście się kiedyś, że widzicie młodego chłopaczka w Ferrari F40 albo innym niewiarygodnie drogim aucie, na którego zakup zapewne nigdy się nie zdecydujecie ze względów finansowych? Znacie to uczucie zazdrości, które zżera was od środka i zadajecie sobie to pytanie, dlaczego on? Tak, ma bogatych rodziców i sam nigdy by takich pieniędzy nie zarobił. Z reguły tacy ludzie mają galaretkę zamiast mózgu i są skończonymi kretynami. Wszystko przez dbających o nich (i o ich przyszłość) rodziców. Podobnie ma się sprawa z Grecją, kolebką starożytnej cywilizacji, miejscu w którym narodziła się demokracja, Igrzyska Olimpijskie, teatr itd. Ludzie tutaj mają się za najważniejszych na świecie, żyjąc tym, co zrobili ich przodkowie tysiące lat temu... Ależ cudownie zacząłem...

Zacznijmy od początku... W tym roku w ramach wakacyjnej wyprawy postanowiłem wybrać się do Grecji. Może jednak nie do końca... Po prostu po 2 godzinach przeglądania różnych ofert w biurze podróży ja postanowiłem wyjść i gdy tylko usłyszałem pytanie, czy może być Grecja, powiedziałem tak, by mieć to z głowy. Plan wyjazdu był taki: 7 dni zwiedzania + 7 dni wypoczynku. Wydawało się być fair, zatem nie widziałem powodów do sprzeciwu. W końcu warto byłoby zobaczyć te wszystkie miejsca, które do tej pory oglądałem w książkach i kazano mi się uczyć tej historii, która tak naprawdę na niewiele była mi wtedy potrzebna a teraz rzecz jasna jej nie pamiętam.

Już pobyt na lotnisku był dla mnie męką. Z resztą nienawidzę tego całego pieprzenia się z odprawą, kontrolą paszportową i milionem innych rzeczy, które dałoby się zorganizować w jakiś bardziej sensowny i sprawniejszy sposób. Po prostu nie lubię tego środka transportu, ale wizja jechania 30 godzin autokarem zmusiła mnie do przeproszenia się z samolotem. W ramach zabicia ciągnącego się jak ser topiony czasu, postanowiłem wybrać się z aparatem na punkt widokowy, by zabawić się w 'plane spottera'.

 

Teraz wiem, że 210 mm to trochę mało na tego typu zabawę, a obiektyw bez stabilizacji szybko nauczył mnie pokory. Teraz wiem, że nadal nie opanowałem go w 100%. Z resztą, trudno być zadowolonym z tych zdjęć. Ale cóż, może następnym razem będzie lepiej.

Na szczęście, lot do Salonik odbył się bez żadnych komplikacji. Pierwszego dnia zatrzymaliśmy się w jakimś fenomenalnym hotelu zaraz przy autostradzie, czy jakiejś drodze szybkiego ruchu. W każdym razie, byłoby głośno, gdyby nie fakt, że tego wieczora odbywał się wieczór grecki, na który, jak to powiedziała nasza przewodniczka 'nie ma już wolnych miejsc, więc nie możemy się zapisać'. Spoko, całą imprezę obserwowaliśmy z balkonu popijając greckie piwo. Powiem szczerze, bardzo dobrze, że nie było wolnych miejsc. Ta impreza to jakaś tragedia, kiepska muzyka, beznadziejny taniec, kolejki do żarcia... I to 'tylko' za 30 euro! To, co zobaczyłem, w zupełności mi wystarczyło. Pomijam dość śmieszny fakt działania klimatyzacji w hotelu. Według recepcji, działa ona od 19 do 2 w nocy i jakoś w przeciągu dnia. A po cholerę mi klimatyzacja wieczorem, kiedy jest już całkiem przyjemnie? A jak już jesteśmy przy greckiej myśli technicznej i logicznej. Ktoś, kto projektował łazienki w tym hotelu jest geniuszem. We wszystkich z resztą było to samo. Łazienka, to takie bardzo małe pomieszczenie, w których drzwi otwierają się do środka, mijając zlew na styk. Jak usiądziesz na kiblu, to szansa, że ktoś wejdzie do środka jest praktycznie żadna. Twoje nogi zblokują drzwi bardzo szybko. Co więcej, część z hoteli nie miała czegoś takiego jak zasłona do prysznica. Przez co, myjąc się, miałeś syf na płytkach w całej łazience. Suuper!

Ogólnie standardy hoteli w Grecji (poza stolicą) wydają się być zawyżane. Z tego co słyszałem, obecnie w tym kraju bardzo powszechna jest korupcja, przekręty itd. Wszyscy wszystkich znają i wiedzą wcześniej o planowanej 'niezapowiedzianej' kontroli. Efekty widać jak na dłoni. Myślicie, że czemu ten kraj lada moment zbankrutuje? Nie znam się na ekonomii, ale jeśli każdą rzecz Grecy są w stanie spierdolić i jeszcze mają czelność uważać się za lepszych to niech sobie bankrutują.

Wracając do tematu głównego. Drugiego dnia wybraliśmy się do Meteorów. Znajduje się tam obecnie 6 klasztorów, cztery męskie i dwa żeńskie. To, co jest w nich ciekawe to miejsce, w którym są położone, tzn. na szczycie skał. Dawno temu, mnisi przywędrowali w te rejony by uciec od wszelkich czekających na nich pokus. Widok jest niesamowity. Pytanie jak oni tam weszli nasuwa się samo... Co ja tam będę się rozpisywać. Pooglądajcie zdjęcia:



 




Jeśli miałbym wybrać samochód dnia, bez wątpienia wybrałbym ten (miły akcent wycieczki):


Jeśli jeszcze ktoś was nie przekonał się do tego miejsca, pozostaje mi polecić obejrzeć je osobiście. Na pewno wtedy zrobi na was piorunujące wrażenie. A może ktoś z was oglądał film 'Tylko dla Twoich oczów' z James'em Bond'em? Meteory posłużyły swoim malowniczym krajobrazem przy robieniu zdjęć do tej produkcji.

Później pojechaliśmy do miejsca, w którym pisze się ikony (nie, tu nie ma błędu). Okazało się, że Polacy bardzo polubili Grecję i niemalże wszędzie można znaleźć kogoś, kto posługuje się naszym pięknym językiem. Tak było między innymi tutaj. Otrzymaliśmy cały wykład na temat powstawania ikon oraz 'rabat dla wszystkich Polaków'. Bez względu na wszystko, ceny były w miarę rozsądne nawet i bez tej przeceny. Fakt, że to było kupowanie w ciemno bez rozeznania jak kształtują się ceny w innych miejscach, ale teraz wiem, że zakup właśnie tutaj był bardzo dobrym pomysłem. Ma się tę psychiczną świadomość, że skoro kupiłem ikonę w miejscu, gdzie się je wyrabia, to istnieje większe prawdopodobieństwo, że nie jest z Chin, chociaż nigdy nie można mieć pewności, że tak jest. I jeszcze jedno, jak ktoś chciał, była możliwość spróbowania jednego z greckich alkoholi - Ouzo. Osobiście nie polecam, choć warto spróbować tylko po to, by wyrobić sobie swoje zdanie na ten temat.


 

Pod koniec dnia zameldowaliśmy się w hotelu w Delfach. Klimatyzacja dodatkowo płatna. Nie ma to jak skurwysyństwo biura podróży. Płacisz ogromne pieniądze za wycieczkę i jeszcze dorzucają ci dodatkowe koszty. Pomijam 100 euro od osoby dorosłej na bilety wstępu. Ale skoro już przy tym jesteśmy, warto wspomnieć o jednej rzeczy, która mnie pozytywnie zaskoczyła w Grecji. Ludzie do 18. roku życia + studenci za wejście na jakikolwiek obiekt nic nie płacą. 


Trzeciego dnia zwiedzaliśmy starożytne Delfy. W starożytności to miejsce cieszyło się ogromnym poważaniem ze względu na wyrocznię, która zamieszkiwała to miejsce. Fajna ściema, co? Prawda była taka, że wyrocznia to duże słowo. Nikt nie miał do niej dostępu poza kapłanami. Jeśli chciałeś znać swoją przyszłość, przychodziłeś do jednego z nich, mówiłeś o co chciałeś zapytać wyrocznię, on odstawiał magiczną szopkę po czym odpowiadał na zadane pytanie. W starożytnym greckim nie było znaków interpunkcyjnych, zatem odpowiedzi były dwuznaczne, czyli tak na dobrą sprawę nic nie warte. Na przykład, zadajesz pytanie jaką płeć będzie miało Twoje dziecko. Pada odpowiedź 'córka nie syn'. Zatem często słyszano to, co chciało się usłyszeć.






Bez wątpienia jest to jedno z najpiękniejszych miejsc, jakie można zobaczyć w Grecji, bez względu na to, czy zna się historię tego miejsca czy nie. Według mnie dostaliśmy za mało wolnego czasu by na spokojnie obejrzeć wszystko, co się tutaj znajduje. Ze świątyni Apollina zostało raptem kilka kolumn, ale sam stadion, który znajduje się na górze robi ogromne wrażenie. Warto też zaznaczyć, że przyjście tam od samego rana pozwala uniknąć dużej ilości osób zwiedzających.


 

A ten duży kamień na zdjęciu poniżej to omfalos. Według legendy, Zeus postanowił wypuścić dwa orły z dwóch końców świata, by ustalić gdzie jest jego środek. Dziwnym trafem, środek świata znajduje się w Grecji, dokładnie w tym miejscu, gdzie stoi ten kamień. Sama nazwa z greckiego oznacza 'pępek świata'. Podobno, dotknięcie omfalosa przynosi szczęście, lecz generalnie dotykanie czegokolwiek jest surowo zabronione.


Ale nikomu to nie przeszkodziło. Ludzie nawet robili sobie zdjęcia trzymając ręce na tym kamieniu. Nie tylko Polacy, wszyscy jak leciało. Co z tego, że większość grup pochodziła z Polski...

W miejscu, którym była zaplanowana zbiórka czekała na nas niespodzianka. Bardzo przyjaźnie nastawione do ludzi koty. Co więcej, bardzo chętnie pozowały do zdjęć.



Następnie udaliśmy się do muzeum w Delfach. Część z wykopanych znalezisk zamiast na świeże powietrze, trafiło właśnie w to miejsce.

 



Po lekcji historii udaliśmy się w kierunku Gimnazjonu na lekcję wychowania fizycznego. Był to zespół budowli przeznaczonych do ćwiczeń fizycznych. W ramach rozgrzewki biegano od gimnazjonu aż do stadionu w Delfach, chyba najwyższego zabudowanego miejsca w mieście.



Każdy, kto miał ochotę, mógł odbyć bieg po terenie Gimnazjonu, by choć przez chwilę poczuć się jak starożytny sportowiec przygotowujący się do Igrzysk Olimpijskich. Ja wraz z kolega z gimnazjum, którego przypadkiem spotkałem na miejscu (okazało się, że również uczestniczy w wycieczce objazdowej po Grecji) postanowiliśmy zrobić sobie wyścig. Do czasu szliśmy równo, dopóki nie odezwało się zmęczenie, spowodowane brakiem regularnych ćwiczeń od dawna. Kondycja nie ta sama, co kiedyś. Niestety.

Po obiedzie pojechaliśmy w kierunku Aten. A pod sam wieczór postanowiłem wybrać się na wycieczkę po Pireusie i Atenach nocą. W tym właśnie celu zabrałem ze sobą statyw. Szybko przekonałem się, że był to genialny pomysł. Z resztą, oceńcie sami:
 
 
 


Zachód słońca w Pireusie i nocne zdjęcia w okolicach portu sprawiły, że czułem się jakbym trafił do nieba. Miałem idealne warunki do zdjęć, lecz... stosunkowo mało czasu... Zaliczyliśmy 3 porty, z czego w okolicy ostatniego zrobiliśmy sobie dłuższy przystanek. Potem wróciliśmy do Aten na drugą część naszej wycieczki.
 
 


Gdy weszliśmy już na sam szczyt, z którego widać było piękną panoramę miasta, mój aparat postanowił mi podziękować za 2,5-letnią współpracę. Męczyłem się i walczyłem z nim, by zrobić jakiekolwiek zdjęcia i coś tam mi wyszło. Trudno znaleźć gorszy moment na awarię sprzętu... Z początku byłem wściekły, ale potem przypomniałem sobie ile razem przeszliśmy. Może i mam coś nie tak z głową, ale mimo wszystko mam sentyment do tego aparatu. W każdym razie... Trzeci dzień skończył się nie za ciekawie...

Czwarty dzień upłynął dość szybko przy męczącym, całodziennym zwiedzaniu Aten i powolnym upustowi wkurzenia. Trzeba przyznać, że Ateny za dnia nie robią już tak wielkiego wrażenia jak nocą. Może coś ze mną jest nie tak, ale jestem wielkim fanem nocnego charakteru i klimatu miast. Wyglądają inaczej, dla mnie zdecydowanie bardziej korzystnie. Po powrocie do hotelu nie miałem ochoty na nic poza długą kąpielą i położeniem się do łóżka. Wracając do hoteli, ten w Atenach był świetny.

Dla kontrastu, następne dwa dni spędziliśmy w Loutraki. Bardzo ładne, malowniczo położone miasteczko. Niestety niczego dobrego nie można było powiedzieć o hotelu, w którym byliśmy. Żeby było śmieszniej, gdy usłyszałem, że będziemy mieszkać w hotelu 'Grand', stwierdziłem, że szczęście nas kopnęło w tyłek i będzie super. Bardzo zabawne... Gdy mój aparat został sam w hotelowym pokoju, postanowił się ze mną przeprosić i zaczął nawet działać. Postanowiłem zabrać go ze sobą dnia następnego. Zwiedzaliśmy sanktuarium Asklepiosa w Epidauros. Mieliśmy okazję sprawdzić jakimi specami od dźwięku byli starożytni Grecy. Nawet na samej górze, w ostatnich rzędach było doskonale słychać osobę, która mówi (nie krzyczy, mówi) z przeznaczonego do tego miejsca. Zająłem dogodne miejsce, wyjąłem aparat i czekałem, aż ludzie powoli będą opuszczać to miejsce, by zrobić dobre zdjęcie. Coś mnie jednak zaniepokoiło, więc stwierdziłem, że najpierw sprawdzę, czy aparat w ogóle zechce współpracować. Oczywiście... Po długiej i męczącej walce udało mi się zrobić jedno zdjęcie...


Później pojechaliśmy do Nafplio, pierwszej stolicy niepodległej Grecji. Tam udało mi się zrobić całą serię (!) zdjęć. Gdy tylko zmieniłem cel, aparat podziękował mi po raz kolejny. Miałem tego dość...


Od tamtej pory D80 tylko było przewożone z jednego miasta do drugiego, aż w końcu trafiło z powrotem do Polski. Do dzisiaj leży i czeka, aż zabiorę go do serwisu... I tym optymistycznym akcentem, kończę tego posta! Dziękuję za uwagę i chciałbym powiedzieć, że nie jestem specem od historii Grecji, więc nie będę się na te tematy rozpisywał, gdyż nie chcę się skompromitować. Braki w ilości (i jakości) tekstu próbuję wynagrodzić ilością i jakością zdjęć.